Obudziliśmy się w La Paz z poczuciem pewnego niepokoju. Boliwia coraz bardziej nam się podobała i coraz bardziej mieliśmy ochotę zobaczyć jej więcej. W końcu padł pomysł - zmieńmy plany, zrezygnujmy z Chile i lećmy do Santa Cruz. Od idei do zakupu biletów lotniczych upłynęło 30 min i 2 saltenie z serem kupione od dziadka na ulicy. Zostało postanowione, że rezygnujemy z Atacamy na rzecz boliwijskich tropików.
Santa Cruz jest drugim co do wielkości miastem kraju, wytwarzającym 40% PKB, różnicę pomiędzy poziomem życia w La Paz i stolicy finansowej kraju widać od razu. Po ulicach jeżdżą drogie samochody, Panie noszą się modniej i bardziej kuso, nie ma wszechobecnych bezdomnych psów. Jako centrum biznesu miasto przyciągnęło wielu imigrantów i jest znane m.in. ze świetnych japońskich knajp i stoisk z chińszczyzną na miejscowym mercado los pozos.
I gdy spojrzałam w te skośne oczy przy rozgrzanym , ciężkim woku i gdy buchnął ogień już było wiadomo, że to będzie właśnie ten smak. Smak za którym tęsknimy i którego nie da się powtórzyć w polskich warunkach. Ostatnim razem taki smażony makaron jedliśmy we wschodnim Kirgistanie, prawie pod granicą z Chinami, tym razem na drugiej półkuli ponownie zaniemówiliśmy pochłonięci konsumpcją. Przez chwilę byliśmy w Azji.
A teraz już jesteśmy w lesie, dużym i bardzo głośnym lesie tropikalnym przez niektórych nazywanym dżunglą. Z minuty na minuty odkrywamy jak bardzo nasze wyobrażenia o tym lesie były mylne. Rzeczywiście jest gęsto i wilgotno, ale na biednego turystę wcale nie czycha z rogiem żadna pantera, po ściężce nie pełza żaden wąż a jedynym realnym zagrożeniem w ciągu dnia są pajęczyny i komary no i człowiek sam dla siebie oczywiście. Większość cudów natury dla mieszczucha jest niewidzialna i potrzeba dobrego miejscowego nauczyciela, aby powoli dostrzec jak naprawde żyje ten wielki i skomplikowany organizm. I przez szacunek dla niego chyba odmówię sobie przyjemności zawiśnięcia na lianie, niech liana sobie wisi w spokoju.
Ps. A nasza gospodyni z Villa Amboro na obiad ugotowała na ogromnym piecu opalanym drewnem (nie ma tu elektryczności) jarzynową jak u mamy tylko z drzewkiem cytrynowym w tle. A wszystko dzięki tutejszemu Community Based Tourism - Probioma, które wolimy 100 razy bardziej od prywatnych agencji oferujących podobne wycieczki.















Brak komentarzy:
Prześlij komentarz