Wcisnięta między ocean a góry z lotu ptaka wygląda jak olbrzymia ośmiornica mącząca dwie macki w oceanie a pozostałymi oplatająca pobliskie wzgórza. Miasto eleganckie, miasto różnorodne i wreszcie miasto podziałów społecznych. Na zboczach mieszkają ci najbiedniejsi odzieleni rzęczką Rimac od reszty, w centrum historycznym Ci którym trochę lepiej w życiu wyszło aż wreszcie w nadmorskich dzielnicach jak Miraflores i Barranco ci najzamożniejsi. A ludzie w każdej części miasta tak samo mili i pomocni, zostaliśmy zaczarowani.
Już sam hotel Grand Hotel Bolivar, w którym się zatrzymaliśmy, był taki o jakim marzyliśmy - z witrażowym sufitem w halu głównym i windami z początku XX wieku, pomimo iż czasy świetności ma już za sobą czar pozostał. Na parterze od strony Plaza San Martin, ulubionego przez miejscowe demonstracje, znajduje się El Bolivarcito, której druga nazwa brzmi la catedral del pisco sour, podobno dzięki tej knajpie tradycja picia tego boskiego koktajlu przetrwała po śmierci jego twórcy Victora Morrisa. W Chile oczywiście dominuje inna wersja opisująca genezę trunku. Idealność pisco to jego świetnie wyważone proporcje odpowiedzialne za słodko-kwaśny smak. Wystarczy zmieszać 3 części pisco, 1 cz. syropy cukrowego i 1 cz. soku z limonki, do tego jedno białko i 2 krople likieru Angostura (piliśmy też wersje z cynamonową posypką) i voila oto nasze płynne szczęście i finansowa zguba, bo do najtańszych pisco nie należy. Ale ta rześkość, w upalny dzień ciężko odmówić.










Brak komentarzy:
Prześlij komentarz