Mknąc dwudziestoletnim autobusem wjechaliśmy do El Alto - przedmieść La Paz, miasta wyodrębnionego administracyjnie od boliwijskiej stolicy. Mijając kolejne fawele, w dalszym ciągu pozostające bez prądu marzyliśmy tylko o dobrym posiłku. Do naszego dziadowskiego hotelu typu mała nora dojechaliśmy koło godz. 22.30. Legliśmy spać. Rano zjedliśmy salteñas- pyszne pierożki z nadzieniem mięsnym - jednak na tej wysokości wartość emergetyczna tego posiłku- zdecydowanie ujemna.
Czekaliśmy wieczoru i otwarcia naszego raju - Casy Argentiny- w menu tylko mięso - dla wegetarian brak możliwości - zjedliśmy najlepsze w życiu steki z polędwicy wołowej - 400gram za całe 40 złotych. Raj dla miesożerców.
W sumie tyle. Ps-a doda moje Kochanie!
Dementi
Wjeżdżając do La Paz wkroczyliśmy w strefe chaosu, architektonicznego, instalacyjnego i spożywczego. Najwięcej pożywienia dało się znaleźć na ulicy, w bramach i małych kioskach. Kalorie spalone na szlaku szybko nadrabialiśmy nie tylko soczystymi salteñas, ale też releño de papa czyli faszerowanym mięsem ziemniaczkiem z paroma sosami do wybory i pan de queso gdzie ciasto na chlebek zawiera w sobie więcej sera niż mąki. Wołowina wołowiną, rzeczywiście była jak balsam, ale pozostałe przekąski również dały nam wiele przyjemności. Szczególnie jak świeża salteña buchnęła parą i sokiem po przegryzieniu. Miasto i my byliśmy bardzo brudni, ale i szczęśliwi!
Ps. Argetyńska knajpa nazywa się El Arriero - wystarczy powiedzieć taksiarzowi,żeby wiózł ma 6 de Agosto!










Brak komentarzy:
Prześlij komentarz