Jezdzimy już od kilku dni po peruwiańskich Andach - widoki są cudowne, miejsca urocze, ludzie jak na kraj tak przeżarty turystyką nawet ok ( oczywiście daleko do standardów radzieckich, gdzie po 20 minutach znajomości zapraszają na wódkę). Jednak czym głębiej i wyżej w góry kuchnia staje się cięższa, mało dosmaczona i generalnie słaba. Do tego stopnia, że po 6 godzinach łażenia po Machu Picchu zdecydowaliśmy się na pizze (która zresztą swoją drogą okazała się pyszna). Już w Arequipie mieliśmy preludium do ciężkostrawnej jedy.
Skuszeni chęcią odkrywania smaków zamówiliśmy świnkę morską oraz coś o dzwięcznej nazwie "chicharron". Jeśli chodzi o samą świnkę - rewelacji brak - mięsa sporo (peruwiańskie świnki wyglądają jakby przeżyły turnus w Czernobylu), ale smak słaby- coś pomiędzy kuricą i królikiem. Do tego sposób przyrządzeia słaby jak na 35 stopniowy upał - świnka w całości usmażona w głębokim tłuszczu.
Iga zdecydowała się na chcicharron. Rzekomy cymes i przysmak okazał się niedoprawionymi kawałkami wieprzowiny smażonymi w głębokim tłuszczu.
Na szczęście słaby obiad zrekompensowały nam cudne widoki z tarasu knajpy.
Konkludując czekamy na La Paz i steki z lamy!
Ps. Następna relacja znad Titicaki - o ładnych widoczkach, cudnie przyżądzonym pstrągu, wstrętym cydrze i zaskakująco dobrym boliwijskim winie.







Brak komentarzy:
Prześlij komentarz