Wracamy po krótkiej przerwie spowodowanej brakiem internetu i wyjątkowo dużą aktywnością.
Podczas naszej podróży po Boliwii zdążyliśmy poznać, w całej okazałości uroki jeżdżenia po tym kraju. Po krótkim pobycie w dżungli postanowiliśmy pojechać do Sucre, bodaj najpiękniejszego miasta Boliwii, a zaraz po tym do Potosi, niegdyś najbogatszego miasta świata. Niestety, nasze plany, zupełnie realne, okazały się nie do zrealizowania. Natknęliśmy się bowiemn na najgłupszą formę protestu, jaką widzieliśmy w życiu, tj.blokada drogi wjazdowej do miasta. Tym razem pech padł na Sucre, choć regularnie blokowane są i inne miasta tj. Cochabamba, Potosi czy Oruro. Strajki organizują najczęściej Indigenios, niezadowoleni z poziomu życia. Cóż nikt im nie kazał wybierać Evo na prezydenta.
Blokada wywołała konieczność zmiany naszych planów - skoro Sucre jest zablokowane przez miejscowych pojedziemy do Potosi (niestety na około). Jeśli chcecie wiedzieć owo naokoło trwało 24 godziny (w tym 5 godzin opóźnienia ze względu na urwanie drogi przez deszcz jeszcze w dżungli).
Tak wymęczeni dotarliśmy do Potosi - w XVI i XVII w. najbogatszym miastem świata,liczącym sobie wówczas prawie 200 tyś. mieszkańców. Źródłem bogactwa tego miasta, jak i Imperium hiszpańskich Habsburgów była jedna góra - Cierro Rico. Idealnie kształtna, górująca nad miastem wywołała trwającą w sumie do dziś gorączkę złota (precyzyjniej srebra, bo tego kruszcu jest tam najwięcej). W mieście można zwiedzić dawną wytwórnie monet - fajna rozrywka, ale chyba jednak dla bardziej zaawansowanych wiekowo. Odważniejsi i młodsi wybierają się na wycieczkę w głąb góry do funkconujących od XVI wieku tuneli, które nadal służą tutejszym górnikom jako swego rodzaju "bieda szyby". W dalszym ciągu kopalnie zapewniają pracę ponad 10 tyś. górnikom (jako, że są kooperatywami brak tam zabezpieczenia społecznego i pracują tylko ci, którym się chce, nawet dzieci w czasie wakacji dorabiające na swoje potrzeby w tym edukację - nasi górnicy ze Śląska winni jeździć tam na Erasmusa i uczyć się od Boliwijczyków znaczenia słowa trudna praca).
Do rzeczy, po podpisaniu wszelkiego rodzaju oświadczeń o zrzeczeniu się wszelkich roszczeń ze strony rodziny w przypadku śmierci zostaliśmy odpowiednio ubrani i przygotowani do wejścia w górę. Po zakupie liści koki, koka koli oraz dynamitu dla napotkanych górników pracujących na szychcie udaliśmy się do wejścia do kopalni. Nasz szyb został wydrążony jeszcze w XVII wieku przez murzyńskich niewolników (jednak kopali na wysokość indigenio, który mierzył sobie wówczas max. 1,55m.). Nasza kopalnia liczyła sobie 6 poziomów, kilka kilometrów tuneli. Wysokoś odzielająca poziomy to około 40 metrów. Mieliśmy z Igą szczęście, że zapisaliśmy się na zwiedzanie po hiszpańsku, bowiem nasz pan szanowny górnik zademonstrował nam wybuch laski dynamitu kilometr w głąb góry. Efekt piorunujący - ziemia zatrzęsła się przez 2 sekundy, wszędzie czuć był zapach siary.
Po wyjściu z szychty wygłodniali ruszyliśmy w Potosi za tym co kochamy najbardziej, czyli jedzeniem. Nie trzeba było szukać długo - specialite de la maison w Potosi, to zdecydowanie bułka z mięsem ze świńskiej nogi z surówką i sosem chili. Ile bym dał, żeby w Polsce budy z kebabem zamieniły się w takie przybytki!
Ps. Na początku podnieciła nas też ilość mijanych chińskich knajpek, które jak się później okazało wszystkie już dawno zostały przerobione na kurczakownie. Cóż klient nasz Pan, a klient boliwijski bardzo lubi pieczonego kurczaka.












Brak komentarzy:
Prześlij komentarz