piątek, 3 maja 2013

Bida z nyndzą

Boliwia jest najbiedniejszym krajem Ameryki Łacińskiej i jeżdżąc po tutejszej prowincji można w to uwierzyć. Powiedzieć, że panuje tu minimalizm architektoniczny to zdecydowanie bardzo dyplomatyczne aczkolwiek nie do końca oddające rzeczywistość stwierdzenie. Większość domów w miastach zbudowanych jest z cegły i niczym niewykończonych, na wsiach z błota i słomy najczęściej z jednym brudnym oknem ozdabiającym fasadę. W nocy przejeżdżając przez wiejskie osiedla światła najczęściej brak, ludzi zresztą też często się nie widuje. I jeszcze jest selva gdzie z kolei obejścia są jeszcze bardziej prowizoryczne, czasami brak jakiejś ściany czy kawałka dachu. O ile biedę architektoniczną można uzasadniać brakiem surowca (oczywiście mówiąc o domach cegły a nie błota, którgo tu pod dostatkiem) o tyle wszechobecny nieporządek w obejściach trudno innaczej wyjaśnić niż niechlujstwem miejscowych. Bowiem większość tutejszych wygląda na lekko niedomytych bądź niedopranych, brudne są też dzieci i zwierzęta gospodarskie, a kraj wcale nie boryka się z wielkim problemem braku wody. Pojawiają się pewne wątpliwości czy ta bieda nie wynika trochę z przyzwyczjenia i niechęci do zmian i trochę z mierności rządzącej klasy politycznej...

Jeśli kraj biedny to wydawałoby się, że i społeczeństwo niedokarmione, ale w Boliwii na pierwszy rzut oka głodu nie widać. Może zwodzą krągłe kształty miejscowych i ich grube ubrania noszone nawet w upalne dni, ale na najbardziej wygłodzone wyglądały bezdoomne psy, które nawet nie szczekają, aby na tą niepotrzebną czynność nie tracić wyszukanych na zaśmieconej ulicy kalorii. Kuchnia boliwijska jest może niezbyt doprawiona, ale w każdej części kraju bardzo sycąca. Ziemniak nigdy na talerzu nie pozostaje osamotniony, zawsze towarzyszy mu, oprócz porcji białka, bądź ryż bądź makaron. W jednej z naszych zup pływały i frytki i kluski. Ulubione mięso w Boliwii to kurcze i lamina, świnka występuje najczęściej bądź w formie wcześniej chwalonej pieczonej nogi dodawanej do kanapek, bądź skwarko podobnych kawałków. I wreszcie jedzenie da się kupić wszędzie, nawet w trakcie drogi co postój do autobusu wkracza cała gromada gospodyń oferujących miejscowe specjały od galaretki po suszoną laminę. Ich dźwięczne nawoływanie na długo dzwoni w uszach i jak można przy takim marketingu bezpośrednim odmówić. Babuszki na wschodnich dworcach zdecydowanie nie wygrałyby konkurencji z miejscowymi. I jedzenie bardzo drogie nie jest i wszedzie widać jak miejscowi ochoczo z kulinarnych dobrodziejstw kraju korzystają.

A jak przyciśnie zmęczenie i głód zawsze można porzuć liście koki, bogactwo i przekleństwo kraju, które pomaga na wszelkie problemy wytrzymałościowo-żołądkowe. Często z powyższego dobrodziejstwa korzystaliśmy.











Brak komentarzy:

Prześlij komentarz