sobota, 27 kwietnia 2013

Lemon tree

Obudziliśmy się w La Paz z poczuciem pewnego niepokoju. Boliwia coraz bardziej nam się podobała i coraz bardziej mieliśmy ochotę zobaczyć jej więcej. W końcu padł pomysł - zmieńmy plany, zrezygnujmy z Chile i lećmy do Santa Cruz. Od idei do zakupu biletów lotniczych upłynęło 30 min i 2 saltenie z serem kupione od dziadka na ulicy. Zostało postanowione, że rezygnujemy z Atacamy na rzecz boliwijskich tropików.

Santa Cruz jest drugim co do wielkości miastem kraju, wytwarzającym 40% PKB, różnicę pomiędzy poziomem życia w La Paz i stolicy finansowej kraju widać od razu. Po ulicach jeżdżą drogie samochody, Panie noszą się modniej i bardziej kuso, nie ma wszechobecnych bezdomnych psów. Jako centrum biznesu miasto przyciągnęło wielu imigrantów i jest znane m.in. ze świetnych japońskich knajp i stoisk z chińszczyzną na miejscowym mercado los pozos.

I gdy spojrzałam w te skośne oczy przy rozgrzanym , ciężkim woku i gdy buchnął ogień już było wiadomo, że to będzie właśnie ten smak. Smak za którym tęsknimy i którego nie da się powtórzyć w polskich warunkach. Ostatnim razem taki smażony makaron jedliśmy we wschodnim Kirgistanie, prawie pod granicą z Chinami, tym razem na drugiej półkuli ponownie zaniemówiliśmy pochłonięci konsumpcją. Przez chwilę byliśmy w Azji.

A teraz już jesteśmy w lesie, dużym i bardzo głośnym lesie tropikalnym przez niektórych nazywanym dżunglą. Z minuty na minuty odkrywamy jak bardzo nasze wyobrażenia o tym lesie były mylne. Rzeczywiście jest gęsto i wilgotno, ale na biednego turystę wcale nie czycha z rogiem żadna pantera, po ściężce nie pełza żaden wąż a jedynym realnym zagrożeniem w ciągu dnia są pajęczyny i komary no i człowiek sam dla siebie oczywiście. Większość cudów natury dla mieszczucha jest niewidzialna i potrzeba dobrego miejscowego nauczyciela, aby powoli dostrzec jak naprawde żyje ten wielki i skomplikowany organizm. I przez szacunek dla niego chyba odmówię sobie przyjemności zawiśnięcia na lianie, niech liana sobie wisi w spokoju.

Ps. A nasza gospodyni z Villa Amboro na obiad ugotowała na ogromnym piecu opalanym drewnem (nie ma tu elektryczności) jarzynową jak u mamy tylko z drzewkiem cytrynowym w tle. A wszystko dzięki tutejszemu Community Based Tourism - Probioma, które wolimy 100 razy bardziej od prywatnych agencji oferujących podobne wycieczki.





























środa, 24 kwietnia 2013

Dont't cry for my wołowina - impresje od Evo Moralesa

Mknąc dwudziestoletnim autobusem wjechaliśmy do El Alto - przedmieść La Paz, miasta wyodrębnionego administracyjnie od boliwijskiej stolicy. Mijając kolejne fawele, w dalszym ciągu pozostające bez prądu marzyliśmy tylko o dobrym posiłku. Do naszego dziadowskiego hotelu typu mała nora dojechaliśmy koło godz. 22.30. Legliśmy spać. Rano zjedliśmy salteñas- pyszne pierożki z nadzieniem mięsnym - jednak na tej wysokości wartość emergetyczna tego posiłku- zdecydowanie ujemna.

Czekaliśmy wieczoru i otwarcia naszego raju - Casy Argentiny- w menu tylko mięso - dla wegetarian brak możliwości - zjedliśmy najlepsze w życiu steki z polędwicy wołowej - 400gram za całe 40 złotych. Raj dla miesożerców.

W sumie tyle. Ps-a doda moje Kochanie!

Dementi

Wjeżdżając do La Paz wkroczyliśmy w strefe chaosu, architektonicznego, instalacyjnego i spożywczego. Najwięcej pożywienia dało się znaleźć na ulicy, w bramach i małych kioskach. Kalorie spalone na szlaku szybko nadrabialiśmy nie tylko soczystymi salteñas, ale też releño de papa czyli faszerowanym mięsem ziemniaczkiem z paroma sosami do wybory i pan de queso gdzie ciasto na chlebek zawiera w sobie więcej sera niż mąki. Wołowina wołowiną, rzeczywiście była jak balsam, ale pozostałe przekąski również dały nam wiele przyjemności. Szczególnie jak świeża salteña buchnęła parą i sokiem po przegryzieniu. Miasto i my byliśmy bardzo brudni, ale i szczęśliwi!

Ps. Argetyńska knajpa nazywa się El Arriero - wystarczy powiedzieć taksiarzowi,żeby wiózł ma 6 de Agosto!



















wtorek, 23 kwietnia 2013

Wielka woda

Granice peruwiańsko-boliwijską postanowiliśmy przekroczyć w Yunguyo co pozwoliło nam na zobaczenie paru małych miasteczek po peruwiańskiej stronie Titicaci. Miasteczek zapomnianych przez turystów , ale raczej nie przez Najwyższego ze względu na liczbę uroczych kościołów w każdym z nich. Granica ma typowo charakter "zrób to sam" czyli idź sobie po pieczątkę wyjazdową i wjazdową i nie szukaj nikogo umundurowanego ponieważ i tak go nigdzie nie znajdziesz, z posterunkiem policji włącznie. Flagi Boliwii też na niej nie znaleźliśmy.

I tak szczęśliwie trafiliśmy do Boliwii a dokładnie do miejscowości o nazwie Copacabana, i to jest właśnie ta pierwotna Copacabana, jednego z głównych miejsc pielgrzymujących Boliwijczyków ze względu na obraz Madonny o lokalnych rysach. Tutaj przyjeżdża się święcić wszelkie pojazdy kołowe, ponieważ tutejsza Madonna szczególnie sprzyja kierowcą. Miasto a raczej miasteczko znane jest także z knajp serwujących pstrągi. Pstrąg co prawda nie występował w jeziorze Titicaca pzed latami 60tymi, ale miejscowi kucharze przez ostatnich pare dekad doszli do perfekcji. I tak delektowaliśmy się pyszną, nieprzesmażoną rybką, Panowien w wersji z czosnkiem, Pani w wersji diabelskiej. Konkurencja jeśli chodzi o kanjpy idealna, 30 w jednym rzędzie, wszędzie ceny te same i tak samo świeża ryba, ach gdyby nad Bałtykiem tak było.

I jeszcze jedno słowo o Isla del Sol (największa i najświętsza wyspa jeziora) - krajobrazowo zdecydowanie sielsko-anielsko, cisza, pola i pasterze, piękne miejsce na spacery i gdyby nie wysokość 3800 m.n.p.m można by pomyśleć , że nagle znaleźliśmy się w Grecji. Jedyny rozczarowanie to miejscowe inkaskie zabytki, których na początku w ogóle nie zauważyliśmy...



















poniedziałek, 22 kwietnia 2013

Wreszcie coś negatywnego - górska kuchnia Peru

Jezdzimy już od kilku dni po peruwiańskich Andach - widoki są cudowne, miejsca urocze, ludzie jak na kraj tak przeżarty turystyką nawet ok ( oczywiście daleko do standardów radzieckich, gdzie po 20 minutach znajomości zapraszają na wódkę). Jednak czym głębiej i wyżej w góry kuchnia staje się cięższa, mało dosmaczona i generalnie słaba. Do tego stopnia, że po 6 godzinach łażenia po Machu Picchu zdecydowaliśmy się na pizze (która zresztą swoją drogą okazała się pyszna). Już w Arequipie mieliśmy preludium do ciężkostrawnej jedy.
Skuszeni chęcią odkrywania smaków zamówiliśmy świnkę morską oraz coś o dzwięcznej nazwie "chicharron". Jeśli chodzi o samą świnkę - rewelacji brak - mięsa sporo (peruwiańskie świnki wyglądają jakby przeżyły turnus w Czernobylu), ale smak słaby- coś pomiędzy kuricą i królikiem. Do tego sposób przyrządzeia słaby jak na 35 stopniowy upał - świnka w całości usmażona w głębokim tłuszczu.
Iga zdecydowała się na chcicharron. Rzekomy cymes i przysmak okazał się niedoprawionymi kawałkami wieprzowiny smażonymi w głębokim tłuszczu.
Na szczęście słaby obiad zrekompensowały nam cudne widoki z tarasu knajpy.

Konkludując czekamy na La Paz i steki z lamy!

Ps. Następna relacja znad Titicaki - o ładnych widoczkach, cudnie przyżądzonym pstrągu, wstrętym cydrze i zaskakująco dobrym boliwijskim winie.














piątek, 19 kwietnia 2013

Los Banditos

Siedząc w najdroższym pociągu świata, który przejeżdża najdroższe 100 km globu w drodze z Cuzco do Machu Pichu można stwierdzić tylko jedno - ktoś tu jest po prostu bandytą! I o ile byłby to jeszcze bandyta miejscowy i część zawrotnej sumy 130 USD za w sumie 200 km w obie strony (my wybraliśmy dojazd łączony o czym za chwilę) trafiałaby do lokalnej kasy możnaby choć trochę to usprawiedliwić, niestety wyciąg z banku potwierdzający przelew za zakup biletów rozwiał nasze wszelkie wątpliwości, pieniążki trafiły prosto do Southhampton, UK. Gdybyśmy przynajmniej na peronie ujrzeli coś wyjątkowego może byśmy dali radę pojąć cenę, ale pociąg ten nawet normalnego pociągu nie przypomina tylko raczej Podmiejską kolejkę i trzęsie potwornie. Na szczęście pierwsza część dnia poświęcona na zwiedzanie ruin Pisac (forteca i świątynia słońca), kręgów w Moray (podobno laboratorium rolnicze Inków)i Olantayambo (mniejsza wersja MP) była na tyle cudowna i tania (za wszystkie przejazdy miejscowymi busami zapłaciliśmy w sumie ok. 10 PLN) że trochę łagodzi gorycz tej podróży. Pare fotek poniżej.

Niestety bandytierka na jednym pociągu się nie kończy i wszędzie w Peru można spotkać jej objawy. Po pierszwe ceny transportu zorganizowanego tzw. turystycznego są trzy razy wyższe więc po jednej próbie porzuciliśmy wygodne busiki pełne gringos na rzecz rozklekotanych autobusów pełnych miejscowych, którymi da się dojechać wszędzie. Po drugie różnice w cenie jedzenia w knajpach a na bazarach są gigantyczne. Wydaje nam się, że jednak te drugie bardziej oddają realne ceny przygotowania posiłku. Bazary wygrywają też pod względem świeżości i atmosfery. I tak pyszne danie na bazarze jemy za ok 5 złotych a idąc do restauracji (nawet dla miejscowych) za co najmniej 25 PLN, więc jak można się domyślić restauracje też porzuciliśmy. I wreszcie bilety wstępu do atrakci turystycznych to już bandytyzm nawet nie w białych rękawiczkach i nawet nie pytamy gdzie trafiają te pieniądze. Np. Machu pichu to koszt ok. 160 PLN od osoby (plus wyżej wspomniany pociąg oczywiście) a koszt zwiedzania kościołów i muzeów w Cuzco to złotych ok. 140. Tutaj niestety nie mamy wyboru...

W skrócie Peru jest po prostu całkiem drogim krajem, który doskonalnie zdaje sobie sprawę z naiwności turystów i braku alternatyw jak w przypadku dojazdu do Machu Pichu jeśli nie ma się dużo czasu. Powoli zaczynamy z czułością spoglądać w stronę boliwijskiej granicy!