Bieda wiejska jest zawsze delikatniejsza dla oka niż bieda miejska. Ta druga zawsze występuje w towarzystwie tłoku i chaosu i na tle normalności. Bieda wiejska nie budzi takiego oburzenia jak ta w miastach. Jedno rozpadające się obejście jest mniej bolesne dla obserwatora niż cała ulica domów z niczego z mieszkańcami z niczym. Dlatego na Filipinach najgorsze wydają się właśnie duże miasta, w których konsumpcjonizm doprowadzony do skrajności miesza się z ubóstwem każącym ludziom mieszkać na ulicy. Kraj jest bardzo biedny, ale i bardzo rozwinięty pod wzgledem zaspokajania potrzeb lepiej sytuowanej grupy społecznej.
Dramaty ludzkie rozgrywają się na tle pięknej przyrody stanowiącej największe bogatctwo regionu, ale i powodującej największe tragedie. Nic dziwnego, że tajfuny, których przez Filipiny rocznie przechodzi około 20 powodują takie zniszczenia skoro większość budynków to palmowe chatki na palach na wsi a w miastach domy z blachy falistej, plastiku i innych śmieci. Nie potrzeba dużej siły, aby całkowicie je zniszczyć. Do tego dochodzą dość częste trzęsienia ziemi, które unicestwiają już nie tylko chatki z liści, ale i niezbyt fachowo zbudowane murowane budynki. I to co dodatkowo boli w tym kraju to brak szacunku dla przyrody. Rafy koralowe zostały już w większości zniszczone i stanowią jedynie pozostałość wcześniejszego bogactwa, gatunki endemiczne są na wymarciu. Na Boholu występuję najmniejszy ssak świata - tarsier, śliczna małpeczka z ogromnymi oczami. Zostało ich ledwie kilkaset z czego większość zagrożona jest złapaniem w klatkę, aby stanowić atrakcje dla turystów. Zwierzęta już schwytane przetrzymywane są w koszmarnych warunkach, betonowo metalowych boksach bez nawet odrobiny wyściółki czy kilku lisci, aby umilić im ten niewolniczy żywot. Nic dziwnego, że tarsiery w zamknięciu umierają ze stresu albo popełniają samobójstwa wstrzymując oddech. Krokodyle zresztą też na tutejszych farmach w większości zdychają z powodu depresji. I jeszcze ulice są pełne brudnych, wychudzonych psów i kotów wykazujących zerową agresywność, zainteresowanych jedynie poszukiwaniem w śmieciach pożywienia, niemych.
Filipiny nie są krajem dla osób szukających zabytków. Miasta mają ujemną atrakcyjność. Hiszpanie niewiele po sobie zostawili głównie forty i kościoły (nawet potomków nie chcieli, nie widać metysów). O ile te pierwsze w Manili czy Cebu są dobrze utrzymane o tyle te drugie najczęściej stanowią ruinę. Pomimo ultrareligijnego społeczeństwa miejsca modlitw grożą często zawaleniem. Znikają kolejne zabytki niszczone przez zaniedbanie człowieka i naturę. Ostatnie trzęsienie ziemi na Boholu zniszczyło całkowicie najstarszy kościół na wyspie w Loboc i zburzyło fasadę kościoła w Baclayon. Zabytki nie są w żaden sposób konserwowane ani w przypadku zniszczeń sprawnie naprawiane. Wspomniane wyżej trzęsienie ziemi miało miejsce już 3 miesiące temu, prace naprawcze w Baclayon ograniczyły się do ogrodzenia terenu, w Loboc nie ma co ratować. Zresztą i tak nowym miejscem kultu stają się centra handlowe. W ostatnią sobotę i niedzielę jak oddawaliśmy się zakupom o 18 nagle rozległ się głos z megafonu wzywający do modlitwy, mall na chwilę zamarł w bezruchu i wszyscy zaczeli odmawiać różaniec, sami zafascynowani też staneliśmy.
Powyższy tekst nie powstał jako antyreklama Filipin a jedynie potrzeba autorki podzielenia się nie tylko pozytywnymi i smacznymi wrażeniami z podróży, ale i tymi bardziej codziennymi.
W związku z powyższym oświadczeniem chyba muszę też wspomnieć dwa słowa o tym co nam nie odpowiada w tutejszej kuchni. Staramy się próbować wszystkich nowych dań, które znajdujemy po drodze i jak na razie najbardziej nie możemy się przekonać do wszechobecnych suszonych ryb i skorupiaków. Sos rybny jest jeszcze do zaakceptowanie, ale wczoraj w Tagbilaranie (Bohol) kierowana potrzebą zjedzenia wystepujących w tutejszej kuchni w minimalnych ilościach warzyw zamówiłam Pinakbet, niby gulasz warzywny, ale obficie obsypany suszonymi kreweteczkami przypominającymi już samym zapachem karmę dla rybek, o smaku nie wspomnę. Warzyw zbyt dużo nie zjedliśmy, zostało nam delektowanie się tutejszą wersją ceviche - Binakhaw (surowa biała ryba z duża ilością imbiru, cebuli w sosie majonezowym) i skiwerczącymi krewetkami, a warzywa zjemy już w Polsce. Jest jeszcze tutejszy deser Halo Halo, czyli wszystko co kucharz miał pod ręką z kulką lodu. Wygląda atrakcyjnie i kolorowo, ale do smaku galaretki zmieszanej z fasolą, ziemniakiem i mlekiem jakoś się nie mogliśmy przekonać.
W Cebu
Bohol interior
Pozostałości kościoła w Loboc
Zoo po filipińsku
Kościół znaleziony po drodze, Bohol
Parafia
Jedyna droga wejścia do kościoła, drzwi są zagrodzone rusztowaniami
Halo halo
Pinakbet










Brak komentarzy:
Prześlij komentarz