piątek, 3 stycznia 2014

Początki w Manili

Po długiej i dość męczącej podróży (33h) dotarliśmy wreszcie do Manili. Choć miasto samo w sobie nie powala pięknem, muszę przyznać, że jak na początek przygody filipińskiej jest dosyć intreresującym wprowadzeniem do kraju. Zdecydowalismy się (a właściwie cena zdecydowała) na nocleg w dzielnicy chińskiej. Nie jest to typowe chinatown, powiem więcej - jest to najbardziej brudna chińska dzielnica, w jakiej byliśmy w życiu. A nawet jedna z brudniejszych dzielnic, w których byliśmy kiedykolwiek. Wieczorem po przyjeździe ciężko było znaleźć wolny kawałek chodnika, wszędzie spali bezdomni, włóczyły się wychudzone zwierzaki a góry śmieci oddawały swoje wszystkie wątpliwe walory zapachowe rozgrzanemu powietrzu. Byliśmy przekonani, że rano krajobraz się zmieni, na próżno, jedyną zmianę odnotowaliśmy w kwestii natęrzenia nieprzyjemnych zapachów- nasiliły się.

W poszukiwaniach nowych smaków nie przeszkodzi nam nawet pospolity smród, dzielnie pokonaliśmy łańcuchy górskie śmieci, aby odnalźć wspaniałą knajpkę serwującą chińskie pierożki. Posileni śniadaniem ruszyliśmy na zwiedzanie miasta. 

Manila to właściwie zespół kompletnie nie mających ze sobą nic wspólnego odrębnych miast, które łącznie tworzą to 16 milionowe miasto. Różnica w poziomie życia jest porażająca - nieraz wystarczy przejść przez most, żeby ze slumso-bazaru z brudnymi, półnagimi dziećmi i mieszkańcami dosłownie wyprużniającymi się na ulicy odnaleźć się w normalnej, czystej okolicy (esktrem się nasilają czym bliżej do Makati - miasta przypominającego bardziej Singapur). A w Makati czyste parki, ekskluzywne centra handlowe i bardzo modne restauracje, inny, może lepszy świat.

Po kilkugodzinnym spacerze po mieście (w zasadzie kilku miastach) postanowiliśmy zweryfikować bazar z owocami morza, który znalazłem szperając w necie. Miejsce nazywa sie Seafood Dampa Market w okolicy (20 min. na pieszo) największego centrum handlowego Filipin Mall of Asia. Zasada bazarku jest następująca - trzeba najpierw zakupić ryby i inne cuda morskie na straganie a następnie przejść do restauracji i oddać swoje zakupy w ręce kucharzy, którzy przyrządzą danie tak jak im się powie. Po przejrzeniu całego bazarku zdecydowaliśmy się na ostrygi, krewetki giganty, ośmiornice oraz kraby. Wszystko następnie zanieśliśmy do jednej z kilkudziesięciu knajp stojących wzdłóż rynku i wybraliśmy sposób przyrządzenia. Jednogłośnie wygrały krewetki z nieobtyczną ilością czosnku i masełka. Rozcięte po środku, wypełnione niebiańską masą, miłość. Co zaskakujące zapiekane z serem i czosnkiem ostrygi zajęły drugie miejsce. Były pyszne i nie pachniały tak bardzo jak w Europie wodą morską, surowe zresztą też były bardzo łagodne. In minus wypadł krab - choć podany był w wybornym słodko-ostrym sosie nie mogłem przekonać się do idei wyskubywania tak niewielkiej ilości mięsa z cienkich odnóży. Zdecydowanie wolę wersję, którą ostatni raz próbowaliśmy w Lizbonie czyli gotowanego uprzednio a następnie w całości otwartego i gotowego do zjedzenia. Z kolei największym odjazdem smakowym a la Filipiny była ośmiornica w sosie adobo, czyli z czarną słodką mazią z dodatkiem octu. Adobo zapewne będziemy jeść jeszcze parę razy, gdyż jest to jedno z najbardziej tradycyjnych miejscowych dań.

W ten spośób zaczęliśmy zwiedzanie Filipin, urzeczeni życzliwością ludzi, rozkoszujący się ciepłem i słońcem, a także po wizycie na Dampie pełni optymizmu co do dalszych doznań smakowych. 

Śniadanie w chińskiej pierożkarni przy ul. Ongpin w Chinatown


Chinatown w całej okazałości:

Jajka w panierce (zaskakująco smaczne)


Kwaśne mango z solą z chili - raczej nie polecamy...

Made our day...






2 komentarze: