niedziela, 5 stycznia 2014

Raz na wodzie raz pod wodą

W 1944 roku ponad 20 statków japońskiej pomocniczej floty wojennej stacjonowało na wodach otaczających wyspę Busuanga na północy Palawanu. Stacjonowała w miejscu strategicznie idealnym, wśród bezludnych wysepek i bajkowych plaż. Miejsce idealne dopóki amerykańskie lotnictwo jednego wrześniowego dnia nie zbombardowało tylko pozornie bezpiecznych okrętów dając początek głównej atrakcji regionu - nurkowaniu we wrakach. Część z nich jest dostępne dla osób zupełnie niedoświadczonych posiadajcych sprzęt do snorklingu. Odwiedziliśmy 3 : Lusong, East Tangat i Skeleton Wreck leżące na głębokościach od 9 do kilkunastu metrów. Dotknąć wraku z II Wojny Światowej - bezcenne. Popatrzeć na chińskich turystów, którzy próbują zrobić to samo, ale strach pozwala im pływać jedynie w kamizelkach ratunkowych i wyglądać jak szkółka pływacka - równie interesujące. I jeszcze niektórym z powyższych nawet nie chce sie ruszać własnymi kończynami więc są ciagnieci na linie przez Filipińczyka. Dowód na destruktywny wpływ cywilizacji współczesnej na organizm człowieka, dla którego pływanie podobnie jak chodzenie powinno być czynnością podstawową a stało się drogo opłacaną przyjemnością. Czy może na to, że pieniądze są w stanie przezwyciężyć wszystkie ograniczenia jednostki. 

Całe przedpołudnie na i pod wodą wzmogło nasz apetyt. A jak innaczej można wyobrazić sobie posiłek idealny jak nie na białej plaży pod daszkiem z bambusa. Wstyd w takich warunkach zjeść coś innego niż świeże ryby, które przed wypłynięciem zakupiliśmy na targu. Nasz kapitan grilował je na każdym postoju na nurkowanie. Gdy my podziwialiśmy rafy nasze poranne zakupy piekły się na sporych rozmiarów grilu zamontowanym na jednej z burt. Wybór ryb na Filipinach jest ogromny, nie mogłoby być innaczej, na targu można kupić wszystko we wszystkich możliwych kolorach. Już w Manili zaintrygowała nas ryba Lapu Lapu z małymi centkami. Okazało się, że ma bardzo grubą skórę i sporo tłuszczu pod nią a mięso ma intensywne w smaku i soczyste. Drugim wyborem było Talahito przypominające strukturą naszą makrelę, porównywalne do ryb dostępnych w Polsce. Jako trzecią wybraliśmy Maje Maje pięknego koralowego koloru obdarzoną dodatkowo bardzo ciekawym, nieco skrobiowym (wcale nie zwariowałam) smakiem, przypominającą ziemniak (nie przegrzało mnie). Rybom towarzyszył ugotowany kleisty ryż i sos limonkowo-sojowy, nic więcej nie potrzebowaliśmy. 

Z dnia, których pierwszy raz spróbowaliśmy w Coron warto wspomnieć także sisig z tuńczyka (kawałki tuńczyka smażone z imbirem, skropione limonką z sadzonym jajkiem) oraz sinigang na hipon czyli zupę krewetkową a raczej bardzo intensywny wywar z tych skorupiaków. Jak na razie bez rozczarowań.
Przed przyjadem na Busuangę nieco obawialiśmy się, że skutki przejścia Yolandy (tajfun przeszedł dokładnie przez wyspę) nie pozwola nam w pełni cieszyć sie tym miejscem. Rzeczywiście wszędzie widać połamane gałezie i powyginane drzewa, ale widać też prace porządkowe, które powoli usuwają ślady katastrofy.  W miasteczku Coron śladów bardzo mało. Najgorsze co można byłoby teraz zrobić to zrezygnować, ze strachu, z przyjechania tu. 

Filipińskie patyczki, wątróbka, flaczki i mięsko

Coron
Na pierwszym planie sisig z tuńczyka, w tle krewetki w czosnku i chili
Wywar z krewetek
Targ w Coron



Śniadanko





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz