wtorek, 21 stycznia 2014

Wysping

7 tys. wysp zobowiązuje i stanowi pewne wyzwanie. Najtrudniej jest wybrać te pare, które da się zwiedzić w ograniczonym do 3 tygodni przedziale czasowym. Wszystkie opisywane są podobnie – rajskie, bezludne plaże, dzika przyroda i gwarancja wspaniałego odpoczynku. Oprócz klasyki, od której rozpoczeliśmy nasz wyjazd, czyli Coron i głównej części Palawanu postawiliśmy stopę na Boholu, Cebu, Negrosie, Panayu i Guimaras. Początkowo mieliśmy w planach jeszcze Siquijor, ale załamanie pogody pokrzyżowało nam planu, bo rajska plaża w deszczu bardzo dużo traci ze swojej niebiańskości. Poszukując ucieczki przed chmurami podpytywaliśmy miejscowych, ile jeszcze może potrwać zła aura i czy to normalne o tej porze roku. Każdy rozmówca miał inną opinię, niektórzy gwarantowali wypogodzenie na podstawie wiedzy, którą rzekomo przekazują w filipińskich szkołach, konkluzja była jedna – nie ma idealnej pory roku, aby przyjechać na Filipiny, chmury i deszcze mogą trafić się zawsze.
Wracając jednak do naszej ucieczki w stronę słońca, zdecydowaliśmy się spędzić ostatnie 2 luźne dni na wyspie Guimaras oddalanej 20 min. banką od Iloilo. Wyspa słynie z plantacji mango i ustronnych plaż. Rzeczywiście mango było wszechobecne, od handlu ulicznego po pizze z tym owocem, która była pierwszym napotkanym na Filipinach przejawem pomysłowości i to smacznym jej przejawem. Słodkie, kremowe mango na słonym cieście, obficie obsypane serem, orzeszkami i polane ostrym sosem tworzyło oryginalną i bardzo miłą dla podniebienia mieszankę. Sam świeży owoc leżący na placku był wyśmienity, zdecydowanie lepszy niż te importowane do Polski. Dużo też bardziej nam smakował niż kwaśna wersja owocu, zielone mango stanowiące miejscowy przysmak, którego próbowaliśmy w Manili. Na deser skusiliśmy się na shake z mango, który składał się z bardzo dojrzałych owoców, mleka skondensowanego, lodu i 3 czubatych łyżek cukru trzcinowego (na 300 ml napoju), powstrzymaliśmy Panią, która go przygotowywała przed dodaniem 4 łyżki cukru. Tym pitnym dowodem uwielbienia narodu filipińskiego do słodyczy zasłodziliśmy się na całe popołudnie i nasyciliśmy swoje zapotrzebowanie na ten owoc.
Czy warto jechac na Guimaras? Nie jest tak rajski jak El Nido, nie jest też tak turystyczny, łatwo znaleźć ośrodek wypoczynkowy na ustroniu i ulec urokowi tego zacisznego miejsca. Zdecydowanym minusem na miejscu jest brak alternatyw jak już gdzieś się zakwaterujemy. Miasteczka nie oferują prawie żadnej odskoczni kulinarnej od jedzenia w resortach, które nie zawsze jest tym o czym marzymy, pizza była miłym wyjątkiem. Rafy wokół wyspy są bardzo zniszczone co stanowi dość smutny widok. Zdecydowany plus to cisza i spokój, przynajmniej w środku tygodnia, bo w weekend jest podobno dużo głośniej. Miło było spędzić ostatnie dwa dni w takim miejscu.

 las namorzynowy na Guimaras
 Pizza z mango
 wioska na Guimaras

wieczorek karaoke na Guimaras
 plażowanie


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz