wtorek, 7 stycznia 2014

Kraj życzliwych ludzi

Mija tydzień odkąd przyjechaliśmy na Filipiny. Jutro opuszczamy Palawan i zaczynamy zwiedzać ich wschodnią część zaczynając od Cebu. Skacząc z wyspy na wyspę wokół Coron czy El Nido wielokrotnie byliśmy pełni zrozumienia dlaczego większość produkcji filmowych o rajskich plażach została nakręcona wlaśnie tutaj. Kolory wody i piasku są niepowtarzalne co w połączeniu z ukrytymi, bezludnymi plażami sprawia, że trochę można poczuć się jak w niebie. Nic dziwnego, że na jednej z wysp powstał kościół, którego wyznawcy uważają, że nowy raj zostanie utworzony w archipelagu Bacuit. Wszystkich, których uczucia religijne obrazi umieszczone poniżej zdjecie z góry przepraszamy, ale nasza banka (miejscowa łódka) zaparkowała tak, że musieliśmy wpław dostać się na brzeg. 

Tutejszy raj to nie tylko plaże, ale i ludzie. Od tygodnia nie otworzyliśmy sobie sami drzwi, zawsze jest ktoś kto z szerokim uśmiechem robi to za nas. Nie spotkaliśmy jeszcze osoby niemiłej bądź niechcącej służyć pomocą, nawet targując się obie strony pozostają radosne. Pierwszą tego oznaką była już droga taksówką z lotniska w Manili do hotelu. Taksówkarz, którego najpierw złapaliśmy obiecał włączyć taksometr, po czym jak już zaczeliśmy jechać i dopytaliśmy o stawkę okazało sie, że znacząco przewyższa ona nasze założenia, poprosił wiec abyśmy sie na niego nie obrażali, ale on za mniej nie chce jechać i w związku z tym za darmo podwiezie nas na najbliższy postój skąd złapiemy dużo tańszą taryfę. Spektakl życzliwości od tego momentu nie ustaje aż powoli sami zaczynamy mówić do siebie Sir i Madame, których to zwrotów miejscowi używają w każdym zdaniu. Mamy podejrzenia, że jakby koś chciał wyrazić swoją dezaoprobatę dla naszej grupy też by tych zwrotów użyli mówiąc np get lost Sir albo go to hell Madame. 

Każdy raj ma jednak też swoje minusy, w naszym obecnym potwornie brakuje ... soli. Niby rzecz błacha, ale dla naszych europejskich podniebień przyzwyczajonych do nadmiaru tego białego proszku nieco psująca wrażenia kulinarne. Zjeść na Filipinach można wszystko, od owoców morza, przez gady, robaki i wszelkie mięsa, zjeść coś posolonego poza Manila jeszcze nam się nie udało. Smak słony nie jest miejscowym obcy, do dań podawany jest albo sos sojowy albo sos rybny, oba słonawe, ale i zbyt mocno ingerujące w smak potraw. Grilowane ryby i owoce morza są przyrządzane w sposób tak minimalistyczny, że aż nieco psuje to ich smak. Uwielbiamy kalmary i krewetki, ale bez żadnych przypraw nawet one trochę dla nas tracą. I znowu wraca myśl, że najciężej białemu człowiekowi byłoby wrócić do natury w tym prostych smaków, świeżych, niedoprawionych produktów, których urok tkwi w ich naturalności a nie dodatkach. Jescze 10 dni walki z tymi tęsknotami za kulurą kulinarnego przesytu. 




Zbieramy muszelki

 
Pora lunchu



Sałatka z pieczonych bakłażanów z jajkiem na twardo




Grill na miejscowej ulicy z knajpkami, na pierwszym planie szaszłyk z kurzych jelit

Przyszliśmy w trakcie chwilowego blackoutu stąd świece



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz