Filipiński konsumpcjonizm
Filipiny to nie tylko rajska natura, cudowne krajobrazy, napiękniejsze na świecie plaże, to również niewyobrażalnie rozwienięty kapitalizm oraz konsumpcjonizm przerastający formą chyba nawet Stany Zjednoczone. Można powiedzieć, że uczeń przerósł mistrza, bowiem USA od początku XX w. przez kolejne 45 lat byly protektorem Filipin. W tym czasie dokonał się realny rozkwit i powstanie materialnej oraz wspólczesnej kultury Filipin. To właśnie USA Filipińczycy zawdzięczają rewelacyjną znajomość języka angielskiego, wpaniały poziom obsługi klienta (Filipiny są chyba jedynym krajem poza Iranem, w którym spotkałem się z cudownym hasłem "customer is a king") i oczywiście poziom i dostępność wszelkiego rodzaju usług (od masażu do usług seksualnych (choć naturalnie nie korzystałem). A do tego uśmiech na twarzy każdego, czyżby nawet to przejeli od swojego ostatniego protektora?
To co z naszej perspektywy najciekawsze to liczba wszelkiego rodzaju restauracji, barów a w szczególności fast-foodów. Takiej ilości makdonaldów, kfc, wendy's, dunkin donutsów i starbucsów nie ma nigdzie w Europie. Co ciekawe wszędzie pełno ludzi. Filipińczycy to niewątpliwie amatorzy jedzenia o każdej porze i w każdej formie, należy im się także palma pierwszeństwa jeśli chodzi o sympatię do szybkich masowych posiłków. Oprócz szyldów ogólno światowych znajdziemy tu fast foody z całego regionu jak np. Chowking z kuchnią chińską a la Filipiny (w Manili jest ich chyba kilkaset).
Na początku sceptycznie podchodziliśmy do wskazówki, że dobre knajpy można znaleźć w centrach handlowych, w Cebu postanowiliśmy spróbować. Centrum handlowe, w skrócie po tutejszemu SM (shopping mall) to nie tylko sklepy i fast foody, ale i korzystając z miejscowego klimatu także najczęściej duża część na powietrzu, otoczona ogrodem z całym przekrojem knajp z różnych stron Azji i świata serwujących dania na naprawdę wysokim restauracyjnym poziomie.
Na szczęście poza fast foodami i mallami znalezliśmy też po drodze parę normalnych knajp. Na myśl restauracji Kinabucha w Peurto Princesa leci mi ślinka. Przez półtora dnia pobytu w tym mieście zdąrzyliśmy ją odwiedzić dwa razy próbując m. in. Kare Kare - ogonów wołowych w sosie z orzeszków, Tamilak - robaków żyjących w drzewach (usmażone smakowały nieco jak kalmary) oraz mięsa popularnego na Palawanie krokodyla słodkowodnego. Pyszności! Byliśmy nawet na farmie krokodyli, gdzie z bliska obejrzeliśmy te gady. Farma ma charakter typowo przemysłowy i niewiele wspólnego ze swoją nazwwą - Wildlife Rescue Center, bardziej przypomina wylęgarnie kurczaków gdzie zwierzęta tłoczą sie jedno na drugim. Bardzo niemiły widok.
Na zakończenie, mieliśmy okazję sprawdzić, że filipiński kapitalizm zawitał również do wymiaru sprawiedliwości. Zwiedziliśmy otwartą farmę więzienną koło Puerto Princesa gdzie skazani zatańczyli dla nas układ w rytm Backstreet Boys. Podobno zespół tancerzy to więźniowie z najcięższymi wyrokami (noszą pomarańczwe koszulki w odróżnieniu od żółtych z wyrokami za przestępastwa średnie i brązowymi za lekkie). Sprzedali nam też kilka ciekawych pamiątek - bransoletkę z kręgosłupa pytona i ręcznie robioną ramkę na zdjęcia. Myślę, ż trzeba zastanowić się nad takim sposobem resocjalizacji u nas w kraju.
Ps. A chwilowo utkneliśmy ze względów pogodowych koło miejscowości Oslob na Cebu. A wszystko przez front nazywany tu niskim ciśnieniem, który nadszedł z okolic Mindanao i spowodował całkowite zachmurzenie i przelotny deszcz. Pomimo braku słoñca, szum morza relaksuje. W sumie za dużo na tym wyjeździe planujemy. Dochodzę do wniosku, że chyba trzeba jechać prosto przed siebie nie planując zbytnio i nie zważając na atrakcje czy prognozę pogody... Atrakcje znajdą się same, a odpoczynek sprawi większą frajdę.
Wszechobecne fastfoody:








Brak komentarzy:
Prześlij komentarz