piątek, 31 stycznia 2014

Manila reaktywacja – shopping time

Wniosek z drugiego pobytu w Manili po 2 tygodniach jeżdżenia po Filipinach jest jasny – człowiek może przyzwyczaić się do wszystkiego nawet skrajnej biedy, brudu i wszechobecnych tłumów. Drugie starcie z rzeczywistością manilskiego Chinatown nie było tak brutalne jak pierwsze, mniej dostrzegaliśmy uliczne wysypiska śmieci i nie szokowali już tak ludzie śpiący na ulicach. W przyzwyczajaniu się do biedy na pewno dużą rolę odegrał nasz pobyt w Cebu, niegdyś stolicy hiszpańskich kolonizatorów obecnie miastem w pierwszej trójce top ten najbrzydszych miast świata, w którym nie ma nic. Być może ktoś skojarzy i powie a co z krzyżem Magellana, symbolem chrystianizacji Filipin, stoi jak stał i nie robi żadnego wrażenia, może dlatego, że bardziej przypomina twór z plastiku niż drewna i na pewno z oryginałem nie ma wiele wspólnego. A dla jednego krzyża zdecydować się na nawet parę godzin w tym mieście absolutnie pozbawionym uroku zdecydowanie odradzamy.

Wracając do Manili, w której żegnaliśmy się z Filipinami, postanowiliśmy spędzić czas szukając miejsca na dobre sushi i robiąc ostatnie zakupy. Tutaj należy wspomnieć, że rajem rękodzieła i oryginalnych pamiątek to kraj nie jest. My zadowoliliśmy się perłami, których Filipiny są wytwórcą, produktami tekstylno - galanteryjnymi (w skrócie bardzo markowe torebki:)) i drobiazgami z cyklu bezużyteczne, ale zaspokajają potrzeby wyczekujących gadżetów znajomych tj. breloczki, bransoletki, portfeliki etc.  Jeśli chodzi o perły Filipiny to raj pod względem wyboru i cen. Najtańsze łańcuszki z nieregularnych pereł hodowlanych można kupić już za 5 złotych, naprawdę ładne, choć nieperfekcyjne, co trudno dostrzec bez biegłości w tym rzemiośle, cenowo plasują się ok 30-60 PLN. Oczywiście są też perły idealnej jakości i bardzo pokaźnych rozmiarów, za które sprzedawcy żądają i 100-200 EUR a nawet więcej, ale tych na bazarze gdzie odbywa się większość handlu tym produktem nie chcieliśmy kupować szczególnie, że niby złote zapięcia były marnych uroków i jakości. Kolczyki z perełek zaczynają się od 1 zł - nic tylko jeździć po perły na Filipiny. Dla porównania dodam, że te same wyroby na Jedwabnym Bazarze w Pekinie są ok 2-3 x droższe co sprawdziliśmy w drodze powrotnej do Warszawy.

Po „wyroby luksusowe” udaliśmy się w Manili do Greenhills Shopping Center. Podróż trwała ok 1,5 h różnymi środkami transportu w nieznośnym smogu (powrót trwał 20 min, jak się okazało w  pierwszą stronę  życzliwi przechodnie poprowadzili nas bardzo naokoło), ale było warto choćby dla samego doświadczenia i japońskiej restauracji, która tam się znajduje. Sam wybór towarów taki jak w innych filipińskich departments stores czyli wszystkie najbardziej znane marki w wersjach różnej jakości i niestety cenach dużo wyższych niż na prowincji. Na szczęście obkupiliśmy się na Boholu gdzie ceny były śmieszne i to bez żadnego targowania. Zdecydowanie zakupy polecamy robić po drodze, np. w Puerto Princessa można dostać całkiem porządne pamiątki a w małych miastach warto zaglądać do malli i szukać sklepów z wszechstronnym zaopatrzeniem często zwanych jak wyżej departament store.

Przechodząc do kuchni Kraju Kwitnącej Wiśni dobrego sushi szukaliśmy ponad tydzień. Produktów do jego przyrządzenia na miejscu jest aż nadmiar tylko trzeba umieć je odpowiednio wykorzystać. Przekonała nas suszarnia właśnie w Greenhills, wśród wszystkich, które oglądaliśmy była najbardziej ekskluzywna i wyspecjalizowana, dawała nadzieję spragnionemu podniebieniu. Na przystawkę zamówiliśmy nigiri z węgorzem (bezbłędne) i maki z jeżowcem. Ohhh jeżowiec moja nowa miłość. Karol aż był zazdrosny jak zobaczył ten grymas rozkoszy na twarzy, który pojawił się przy pierwszym kęsie. Konsystencja maślano-śmietanowy, smak morsko-cytrynowy, jedyny w swoim rodzaju.  Później było już bardziej przewidywalnie, ale równie smacznie a cenowo bardzo przystępnie, za ucztę dla 4 osób zapłaciliśmy ok. 150 złotych, było warto.

A na kolację co by trochę oswoić się z kuchnią chińską, która czekała nas kolejnego dnia skoczyliśmy na hot pot już u nas w dzielnicy, zresztą bardzo dobry gorący kociołek wybrany dzięki złotej zasadzie – nie wchodź tam gdzie widzisz zbyt dużo turystów, żadnego turysty równa się dobra kuchnia!


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz