niedziela, 19 stycznia 2014

Rzecz o filipińskich alkoholach

Pisaliśmy już sporo o filipińskiej kuchni, przyszedł więc czas najwyższy powiedzieć kilka słów o trunkach, jakie się tutaj spożywa. W sumie jest o czym pisać, bo Filipińczycy jak przystało na katolicki naród lubią się napić (dyskusyjna pozostaje teza, czy ilość spożywanego alkoholu idzie w parze z jego jakością). Gusta Filipińczyków ukształtowane zostały przez hiszpańskich kolonistów. Króluje tu bowiem rum (najbardziej popularna marka to Tanduay) pity przez wszystkich, wszędzie o każdej porze dnia i nocy oraz brandy w typie hiszpańskiego Soberano. Dla dopełnienia pozostałości po hiszpańskich władcach lokalne piwo to produkt filipińskiego odziału browaru San Miguel, założonego pod koniec XIX wieku. Sprzedwane jest ono pod trzema markami: San Miguel Pale (klasyczny pilsen typu siuśki dobrze smakującu w tym klimacie), mój ulubiony Red Horse (piwo typu strong o zawartości alk. ponad 6%) oraz wersja dla kobiet i lokalnych hipsterów San Miguel Light nazywany San Migiem.

Filipińczycy to generalnie naród dość ubogi, dlatego piwo, choć powszechnie dostępne ustępuje rumowi Tanduay ze względu na cenę. Nie ma się co zresztą dziwić. Butelka piwa 0,33 l to koszt około 35-45 peso (15 peso to złotówka). Z kolei butelka 0,7 miejcowego rumu kosztuje niewiele więcej, bo już od 65 peso. Nic więc dziwnego, że częstszym widokiem są panowie obalający pod palemką butelkę Tanduaya.

Jeśli chodzi o jakość lokalnego rumu podziękowaliśmy za spożycie tego, który kusił ceną po wypiciu jednej butelki. Smak rumu może odpowiada przywaczajonemu do przesłodzonego jedzenia Filipińczykowi, my jednogłośnie skreśliliśmy ten alkohol z naszego menu degustacyjnego. Lepszego Tanduaya np. Superior moźna nabyć za ok 180 peso (12 złotych). Pomimo iż od najtańszej wersji różni się zawartością cukru, nadal jednak nie może uchodzić za wytrawny alkohol.

Niechęć do rumu niemalże wymusiła na nas poszukiwanie lepszego smaku. Wybór padł na gin - tutaj polecamy wynalazki krajowe z wyższej półki cenowej, tj. np. za butelkę po 180 peso. Zdecydowanie odradzamy gin marki San Miguel z etykietką zaprojektowaną chyba jeszcze na początku XX wieku (jest zresztą najtańszym alko w ogóle - butelka kapslowana jak po orenżadzie kosztuje około 30 peso, czyli mniej niż piwko). Smaczna jest również tequila przywożona w bekach z Meksyku i jedynie rozlewana na miejscu.

Dziewczyny podczas wyjazdu do rajskich tropików chciały rozkoszować się również drinkami. Tu niestety również spore rozczarowanie, bowiem bazę do drinków stanowią przede wszystkim lokalne alkohole, nalewane zazwyczaj w niewielkich ilościach (wyjątek stanowi lokal w Smallville w Iloilo, gdzie sobie nie żałowali). Smak jednak pozostawiał sporo do życzenia. 

Podumowując, Filipiny nie są krajem rewelacyjnego poziomu alkoholu, za to jego rewelacyjnych cen. A w sumie szkoda. Wyspa Negros słynie przede wszystkim z produkcji cukru z trzciny cukrowej. Nie brakuje tu niczego, żeby nie kraj nie został drugą Kubą (oczywiście jedynie pod względem rumu, bo nie życzę Filipińczykom aż tak źle). Również drinki nie powalają, co dziwi, bo można je prygotowywać na bazie łatwo dostępnych i mega tanich owoców tropikalnych i cytrusów. Ale może to i lepiej, że nikt jeszcze nie wpadł na ten pomysł, bo tutejsze słodkie alkohole w połączeniu z dojrzałymi owocami mogłyby spowodować gwałtowny skok poziomu cukru we krwi niejednego turysty.

Vino de papa
Promocha 0,7 rumu za ok 5 złotych
Opłatek w monopolowym

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz