piątek, 31 stycznia 2014

Manila reaktywacja – shopping time

Wniosek z drugiego pobytu w Manili po 2 tygodniach jeżdżenia po Filipinach jest jasny – człowiek może przyzwyczaić się do wszystkiego nawet skrajnej biedy, brudu i wszechobecnych tłumów. Drugie starcie z rzeczywistością manilskiego Chinatown nie było tak brutalne jak pierwsze, mniej dostrzegaliśmy uliczne wysypiska śmieci i nie szokowali już tak ludzie śpiący na ulicach. W przyzwyczajaniu się do biedy na pewno dużą rolę odegrał nasz pobyt w Cebu, niegdyś stolicy hiszpańskich kolonizatorów obecnie miastem w pierwszej trójce top ten najbrzydszych miast świata, w którym nie ma nic. Być może ktoś skojarzy i powie a co z krzyżem Magellana, symbolem chrystianizacji Filipin, stoi jak stał i nie robi żadnego wrażenia, może dlatego, że bardziej przypomina twór z plastiku niż drewna i na pewno z oryginałem nie ma wiele wspólnego. A dla jednego krzyża zdecydować się na nawet parę godzin w tym mieście absolutnie pozbawionym uroku zdecydowanie odradzamy.

Wracając do Manili, w której żegnaliśmy się z Filipinami, postanowiliśmy spędzić czas szukając miejsca na dobre sushi i robiąc ostatnie zakupy. Tutaj należy wspomnieć, że rajem rękodzieła i oryginalnych pamiątek to kraj nie jest. My zadowoliliśmy się perłami, których Filipiny są wytwórcą, produktami tekstylno - galanteryjnymi (w skrócie bardzo markowe torebki:)) i drobiazgami z cyklu bezużyteczne, ale zaspokajają potrzeby wyczekujących gadżetów znajomych tj. breloczki, bransoletki, portfeliki etc.  Jeśli chodzi o perły Filipiny to raj pod względem wyboru i cen. Najtańsze łańcuszki z nieregularnych pereł hodowlanych można kupić już za 5 złotych, naprawdę ładne, choć nieperfekcyjne, co trudno dostrzec bez biegłości w tym rzemiośle, cenowo plasują się ok 30-60 PLN. Oczywiście są też perły idealnej jakości i bardzo pokaźnych rozmiarów, za które sprzedawcy żądają i 100-200 EUR a nawet więcej, ale tych na bazarze gdzie odbywa się większość handlu tym produktem nie chcieliśmy kupować szczególnie, że niby złote zapięcia były marnych uroków i jakości. Kolczyki z perełek zaczynają się od 1 zł - nic tylko jeździć po perły na Filipiny. Dla porównania dodam, że te same wyroby na Jedwabnym Bazarze w Pekinie są ok 2-3 x droższe co sprawdziliśmy w drodze powrotnej do Warszawy.

Po „wyroby luksusowe” udaliśmy się w Manili do Greenhills Shopping Center. Podróż trwała ok 1,5 h różnymi środkami transportu w nieznośnym smogu (powrót trwał 20 min, jak się okazało w  pierwszą stronę  życzliwi przechodnie poprowadzili nas bardzo naokoło), ale było warto choćby dla samego doświadczenia i japońskiej restauracji, która tam się znajduje. Sam wybór towarów taki jak w innych filipińskich departments stores czyli wszystkie najbardziej znane marki w wersjach różnej jakości i niestety cenach dużo wyższych niż na prowincji. Na szczęście obkupiliśmy się na Boholu gdzie ceny były śmieszne i to bez żadnego targowania. Zdecydowanie zakupy polecamy robić po drodze, np. w Puerto Princessa można dostać całkiem porządne pamiątki a w małych miastach warto zaglądać do malli i szukać sklepów z wszechstronnym zaopatrzeniem często zwanych jak wyżej departament store.

Przechodząc do kuchni Kraju Kwitnącej Wiśni dobrego sushi szukaliśmy ponad tydzień. Produktów do jego przyrządzenia na miejscu jest aż nadmiar tylko trzeba umieć je odpowiednio wykorzystać. Przekonała nas suszarnia właśnie w Greenhills, wśród wszystkich, które oglądaliśmy była najbardziej ekskluzywna i wyspecjalizowana, dawała nadzieję spragnionemu podniebieniu. Na przystawkę zamówiliśmy nigiri z węgorzem (bezbłędne) i maki z jeżowcem. Ohhh jeżowiec moja nowa miłość. Karol aż był zazdrosny jak zobaczył ten grymas rozkoszy na twarzy, który pojawił się przy pierwszym kęsie. Konsystencja maślano-śmietanowy, smak morsko-cytrynowy, jedyny w swoim rodzaju.  Później było już bardziej przewidywalnie, ale równie smacznie a cenowo bardzo przystępnie, za ucztę dla 4 osób zapłaciliśmy ok. 150 złotych, było warto.

A na kolację co by trochę oswoić się z kuchnią chińską, która czekała nas kolejnego dnia skoczyliśmy na hot pot już u nas w dzielnicy, zresztą bardzo dobry gorący kociołek wybrany dzięki złotej zasadzie – nie wchodź tam gdzie widzisz zbyt dużo turystów, żadnego turysty równa się dobra kuchnia!


wtorek, 21 stycznia 2014

Wysping

7 tys. wysp zobowiązuje i stanowi pewne wyzwanie. Najtrudniej jest wybrać te pare, które da się zwiedzić w ograniczonym do 3 tygodni przedziale czasowym. Wszystkie opisywane są podobnie – rajskie, bezludne plaże, dzika przyroda i gwarancja wspaniałego odpoczynku. Oprócz klasyki, od której rozpoczeliśmy nasz wyjazd, czyli Coron i głównej części Palawanu postawiliśmy stopę na Boholu, Cebu, Negrosie, Panayu i Guimaras. Początkowo mieliśmy w planach jeszcze Siquijor, ale załamanie pogody pokrzyżowało nam planu, bo rajska plaża w deszczu bardzo dużo traci ze swojej niebiańskości. Poszukując ucieczki przed chmurami podpytywaliśmy miejscowych, ile jeszcze może potrwać zła aura i czy to normalne o tej porze roku. Każdy rozmówca miał inną opinię, niektórzy gwarantowali wypogodzenie na podstawie wiedzy, którą rzekomo przekazują w filipińskich szkołach, konkluzja była jedna – nie ma idealnej pory roku, aby przyjechać na Filipiny, chmury i deszcze mogą trafić się zawsze.
Wracając jednak do naszej ucieczki w stronę słońca, zdecydowaliśmy się spędzić ostatnie 2 luźne dni na wyspie Guimaras oddalanej 20 min. banką od Iloilo. Wyspa słynie z plantacji mango i ustronnych plaż. Rzeczywiście mango było wszechobecne, od handlu ulicznego po pizze z tym owocem, która była pierwszym napotkanym na Filipinach przejawem pomysłowości i to smacznym jej przejawem. Słodkie, kremowe mango na słonym cieście, obficie obsypane serem, orzeszkami i polane ostrym sosem tworzyło oryginalną i bardzo miłą dla podniebienia mieszankę. Sam świeży owoc leżący na placku był wyśmienity, zdecydowanie lepszy niż te importowane do Polski. Dużo też bardziej nam smakował niż kwaśna wersja owocu, zielone mango stanowiące miejscowy przysmak, którego próbowaliśmy w Manili. Na deser skusiliśmy się na shake z mango, który składał się z bardzo dojrzałych owoców, mleka skondensowanego, lodu i 3 czubatych łyżek cukru trzcinowego (na 300 ml napoju), powstrzymaliśmy Panią, która go przygotowywała przed dodaniem 4 łyżki cukru. Tym pitnym dowodem uwielbienia narodu filipińskiego do słodyczy zasłodziliśmy się na całe popołudnie i nasyciliśmy swoje zapotrzebowanie na ten owoc.
Czy warto jechac na Guimaras? Nie jest tak rajski jak El Nido, nie jest też tak turystyczny, łatwo znaleźć ośrodek wypoczynkowy na ustroniu i ulec urokowi tego zacisznego miejsca. Zdecydowanym minusem na miejscu jest brak alternatyw jak już gdzieś się zakwaterujemy. Miasteczka nie oferują prawie żadnej odskoczni kulinarnej od jedzenia w resortach, które nie zawsze jest tym o czym marzymy, pizza była miłym wyjątkiem. Rafy wokół wyspy są bardzo zniszczone co stanowi dość smutny widok. Zdecydowany plus to cisza i spokój, przynajmniej w środku tygodnia, bo w weekend jest podobno dużo głośniej. Miło było spędzić ostatnie dwa dni w takim miejscu.

 las namorzynowy na Guimaras
 Pizza z mango
 wioska na Guimaras

wieczorek karaoke na Guimaras
 plażowanie


niedziela, 19 stycznia 2014

Rzecz o filipińskich alkoholach

Pisaliśmy już sporo o filipińskiej kuchni, przyszedł więc czas najwyższy powiedzieć kilka słów o trunkach, jakie się tutaj spożywa. W sumie jest o czym pisać, bo Filipińczycy jak przystało na katolicki naród lubią się napić (dyskusyjna pozostaje teza, czy ilość spożywanego alkoholu idzie w parze z jego jakością). Gusta Filipińczyków ukształtowane zostały przez hiszpańskich kolonistów. Króluje tu bowiem rum (najbardziej popularna marka to Tanduay) pity przez wszystkich, wszędzie o każdej porze dnia i nocy oraz brandy w typie hiszpańskiego Soberano. Dla dopełnienia pozostałości po hiszpańskich władcach lokalne piwo to produkt filipińskiego odziału browaru San Miguel, założonego pod koniec XIX wieku. Sprzedwane jest ono pod trzema markami: San Miguel Pale (klasyczny pilsen typu siuśki dobrze smakującu w tym klimacie), mój ulubiony Red Horse (piwo typu strong o zawartości alk. ponad 6%) oraz wersja dla kobiet i lokalnych hipsterów San Miguel Light nazywany San Migiem.

Filipińczycy to generalnie naród dość ubogi, dlatego piwo, choć powszechnie dostępne ustępuje rumowi Tanduay ze względu na cenę. Nie ma się co zresztą dziwić. Butelka piwa 0,33 l to koszt około 35-45 peso (15 peso to złotówka). Z kolei butelka 0,7 miejcowego rumu kosztuje niewiele więcej, bo już od 65 peso. Nic więc dziwnego, że częstszym widokiem są panowie obalający pod palemką butelkę Tanduaya.

Jeśli chodzi o jakość lokalnego rumu podziękowaliśmy za spożycie tego, który kusił ceną po wypiciu jednej butelki. Smak rumu może odpowiada przywaczajonemu do przesłodzonego jedzenia Filipińczykowi, my jednogłośnie skreśliliśmy ten alkohol z naszego menu degustacyjnego. Lepszego Tanduaya np. Superior moźna nabyć za ok 180 peso (12 złotych). Pomimo iż od najtańszej wersji różni się zawartością cukru, nadal jednak nie może uchodzić za wytrawny alkohol.

Niechęć do rumu niemalże wymusiła na nas poszukiwanie lepszego smaku. Wybór padł na gin - tutaj polecamy wynalazki krajowe z wyższej półki cenowej, tj. np. za butelkę po 180 peso. Zdecydowanie odradzamy gin marki San Miguel z etykietką zaprojektowaną chyba jeszcze na początku XX wieku (jest zresztą najtańszym alko w ogóle - butelka kapslowana jak po orenżadzie kosztuje około 30 peso, czyli mniej niż piwko). Smaczna jest również tequila przywożona w bekach z Meksyku i jedynie rozlewana na miejscu.

Dziewczyny podczas wyjazdu do rajskich tropików chciały rozkoszować się również drinkami. Tu niestety również spore rozczarowanie, bowiem bazę do drinków stanowią przede wszystkim lokalne alkohole, nalewane zazwyczaj w niewielkich ilościach (wyjątek stanowi lokal w Smallville w Iloilo, gdzie sobie nie żałowali). Smak jednak pozostawiał sporo do życzenia. 

Podumowując, Filipiny nie są krajem rewelacyjnego poziomu alkoholu, za to jego rewelacyjnych cen. A w sumie szkoda. Wyspa Negros słynie przede wszystkim z produkcji cukru z trzciny cukrowej. Nie brakuje tu niczego, żeby nie kraj nie został drugą Kubą (oczywiście jedynie pod względem rumu, bo nie życzę Filipińczykom aż tak źle). Również drinki nie powalają, co dziwi, bo można je prygotowywać na bazie łatwo dostępnych i mega tanich owoców tropikalnych i cytrusów. Ale może to i lepiej, że nikt jeszcze nie wpadł na ten pomysł, bo tutejsze słodkie alkohole w połączeniu z dojrzałymi owocami mogłyby spowodować gwałtowny skok poziomu cukru we krwi niejednego turysty.

Vino de papa
Promocha 0,7 rumu za ok 5 złotych
Opłatek w monopolowym

poniedziałek, 13 stycznia 2014

Zanikanie

Bieda wiejska jest zawsze delikatniejsza dla oka niż bieda miejska. Ta druga zawsze występuje w towarzystwie tłoku i chaosu i na tle normalności. Bieda wiejska nie budzi takiego oburzenia jak ta w miastach. Jedno rozpadające się obejście jest mniej bolesne dla obserwatora niż cała ulica domów z niczego z mieszkańcami z niczym. Dlatego na Filipinach najgorsze wydają się właśnie duże miasta, w których konsumpcjonizm doprowadzony do skrajności miesza się z ubóstwem każącym ludziom mieszkać na ulicy. Kraj jest bardzo biedny, ale i bardzo rozwinięty pod wzgledem zaspokajania potrzeb lepiej sytuowanej grupy społecznej. 

Dramaty ludzkie rozgrywają się na tle pięknej przyrody stanowiącej największe bogatctwo regionu, ale i powodującej największe tragedie. Nic dziwnego, że tajfuny, których przez Filipiny rocznie przechodzi około 20 powodują takie zniszczenia skoro większość budynków to palmowe chatki na palach na wsi a w miastach domy z blachy falistej, plastiku i innych śmieci. Nie potrzeba dużej siły, aby całkowicie je zniszczyć. Do tego dochodzą dość częste trzęsienia ziemi, które unicestwiają już nie tylko chatki z liści, ale i niezbyt fachowo zbudowane murowane budynki. I to co dodatkowo boli w tym kraju to brak szacunku dla przyrody. Rafy koralowe zostały już w większości zniszczone i stanowią jedynie pozostałość wcześniejszego bogactwa, gatunki endemiczne są na wymarciu. Na Boholu występuję najmniejszy ssak świata - tarsier, śliczna małpeczka z ogromnymi oczami. Zostało ich ledwie kilkaset z czego większość zagrożona jest złapaniem w klatkę, aby stanowić atrakcje dla turystów. Zwierzęta już schwytane przetrzymywane są w koszmarnych warunkach, betonowo metalowych boksach bez nawet odrobiny wyściółki czy kilku lisci, aby umilić im ten niewolniczy żywot. Nic dziwnego, że tarsiery w zamknięciu umierają ze stresu albo popełniają samobójstwa wstrzymując oddech. Krokodyle zresztą też na tutejszych farmach w większości zdychają z powodu depresji. I jeszcze ulice są pełne brudnych, wychudzonych psów i kotów wykazujących zerową agresywność, zainteresowanych jedynie poszukiwaniem w śmieciach pożywienia, niemych.

Filipiny nie są krajem dla osób szukających zabytków. Miasta mają ujemną atrakcyjność. Hiszpanie niewiele po sobie zostawili głównie forty i kościoły (nawet potomków nie chcieli, nie widać metysów). O ile te pierwsze w Manili czy Cebu są dobrze utrzymane o tyle te drugie najczęściej stanowią ruinę. Pomimo ultrareligijnego społeczeństwa miejsca modlitw grożą często zawaleniem. Znikają kolejne zabytki niszczone przez zaniedbanie człowieka i naturę. Ostatnie trzęsienie ziemi na Boholu zniszczyło całkowicie najstarszy kościół na wyspie w Loboc i zburzyło fasadę kościoła w Baclayon. Zabytki nie są w żaden sposób konserwowane ani w przypadku zniszczeń sprawnie naprawiane. Wspomniane wyżej trzęsienie ziemi miało miejsce już 3 miesiące temu, prace naprawcze w Baclayon ograniczyły się do ogrodzenia terenu, w Loboc nie ma co ratować. Zresztą i tak nowym miejscem kultu stają się centra handlowe. W ostatnią sobotę i niedzielę jak oddawaliśmy się zakupom o 18 nagle rozległ się głos z megafonu wzywający do modlitwy, mall na chwilę zamarł w bezruchu i wszyscy zaczeli odmawiać różaniec, sami zafascynowani też staneliśmy. 

Powyższy tekst nie powstał jako antyreklama Filipin a jedynie potrzeba autorki podzielenia się nie tylko pozytywnymi i smacznymi wrażeniami z podróży, ale i tymi bardziej codziennymi. 

W związku z powyższym oświadczeniem chyba muszę też wspomnieć dwa słowa o tym co nam nie odpowiada w tutejszej kuchni. Staramy się próbować wszystkich nowych dań, które znajdujemy po drodze i jak na razie najbardziej nie możemy się przekonać do wszechobecnych suszonych ryb i skorupiaków. Sos rybny jest jeszcze do zaakceptowanie, ale wczoraj w Tagbilaranie (Bohol) kierowana potrzebą zjedzenia wystepujących w tutejszej kuchni w minimalnych ilościach warzyw zamówiłam Pinakbet, niby gulasz warzywny, ale obficie obsypany suszonymi kreweteczkami przypominającymi już samym zapachem karmę dla rybek, o smaku nie wspomnę. Warzyw zbyt dużo nie zjedliśmy, zostało nam delektowanie się tutejszą wersją ceviche - Binakhaw (surowa biała ryba z duża ilością imbiru, cebuli w sosie majonezowym) i skiwerczącymi krewetkami, a warzywa zjemy już w Polsce. Jest jeszcze tutejszy deser Halo Halo, czyli wszystko co kucharz miał pod ręką z kulką lodu. Wygląda atrakcyjnie i kolorowo, ale do smaku galaretki zmieszanej z fasolą, ziemniakiem i mlekiem jakoś się nie mogliśmy przekonać.

Nad rzeką w Dumaguete
W Cebu
Bohol interior
Pozostałości kościoła w Loboc
Zoo po filipińsku
Kościół znaleziony po drodze, Bohol
Parafia
Jedyna droga wejścia do kościoła, drzwi są zagrodzone rusztowaniami
Halo halo
Pinakbet

piątek, 10 stycznia 2014

Konsumpcjonizm po filińsku

Filipiński konsumpcjonizm

Filipiny to nie tylko rajska natura, cudowne krajobrazy, napiękniejsze na świecie plaże, to również niewyobrażalnie rozwienięty kapitalizm oraz konsumpcjonizm przerastający formą chyba nawet Stany Zjednoczone. Można powiedzieć, że uczeń przerósł mistrza, bowiem USA od początku XX w. przez kolejne 45 lat byly protektorem Filipin. W tym czasie dokonał się realny rozkwit i powstanie materialnej oraz wspólczesnej kultury Filipin. To właśnie USA Filipińczycy zawdzięczają rewelacyjną znajomość języka angielskiego, wpaniały poziom obsługi klienta (Filipiny są chyba jedynym krajem poza Iranem, w którym spotkałem się z cudownym hasłem "customer is a king") i oczywiście poziom i dostępność wszelkiego rodzaju usług (od masażu do usług seksualnych (choć naturalnie nie korzystałem). A do tego uśmiech na twarzy każdego, czyżby nawet to przejeli od swojego ostatniego protektora?

To co z naszej perspektywy najciekawsze to liczba wszelkiego rodzaju restauracji, barów a w szczególności fast-foodów. Takiej ilości makdonaldów, kfc, wendy's, dunkin donutsów i starbucsów nie ma nigdzie w Europie. Co ciekawe wszędzie pełno ludzi. Filipińczycy to niewątpliwie amatorzy jedzenia o każdej porze i w każdej formie, należy im się  także palma pierwszeństwa jeśli chodzi o sympatię do szybkich masowych posiłków. Oprócz szyldów ogólno światowych znajdziemy tu fast foody z całego regionu jak np. Chowking z kuchnią chińską a la Filipiny (w Manili jest ich chyba kilkaset). 

Na początku sceptycznie podchodziliśmy do wskazówki, że dobre knajpy można znaleźć w centrach handlowych, w Cebu postanowiliśmy spróbować. Centrum handlowe, w skrócie po tutejszemu SM (shopping mall) to nie tylko sklepy i fast foody, ale i korzystając z miejscowego klimatu także najczęściej duża część na powietrzu, otoczona ogrodem z całym przekrojem knajp z różnych stron Azji i świata serwujących dania na naprawdę wysokim restauracyjnym poziomie. 

Na szczęście poza fast foodami i mallami znalezliśmy też po drodze parę normalnych knajp. Na myśl restauracji Kinabucha w Peurto Princesa leci mi ślinka. Przez półtora dnia pobytu w tym mieście zdąrzyliśmy ją odwiedzić dwa razy próbując m. in. Kare Kare - ogonów wołowych w sosie z orzeszków, Tamilak - robaków żyjących w drzewach (usmażone smakowały nieco jak kalmary) oraz mięsa popularnego na Palawanie krokodyla słodkowodnego. Pyszności! Byliśmy nawet na farmie krokodyli, gdzie z bliska obejrzeliśmy te gady. Farma ma charakter typowo przemysłowy i niewiele wspólnego ze swoją nazwwą - Wildlife Rescue Center, bardziej przypomina wylęgarnie kurczaków gdzie zwierzęta tłoczą sie jedno na drugim. Bardzo niemiły widok.

Na zakończenie, mieliśmy okazję sprawdzić, że filipiński kapitalizm zawitał również do wymiaru sprawiedliwości. Zwiedziliśmy otwartą farmę więzienną koło Puerto Princesa gdzie skazani zatańczyli dla nas układ w rytm Backstreet Boys. Podobno zespół tancerzy to więźniowie z najcięższymi wyrokami (noszą pomarańczwe koszulki w odróżnieniu od żółtych z wyrokami za przestępastwa średnie i brązowymi za lekkie). Sprzedali nam też kilka ciekawych pamiątek - bransoletkę z kręgosłupa pytona i ręcznie robioną ramkę na zdjęcia. Myślę, ż trzeba zastanowić się nad takim sposobem resocjalizacji u nas w kraju.

Ps. A chwilowo utkneliśmy ze względów pogodowych koło miejscowości Oslob na Cebu. A wszystko przez front nazywany tu niskim ciśnieniem, który nadszedł z okolic Mindanao i spowodował całkowite zachmurzenie i przelotny deszcz. Pomimo braku słoñca, szum morza relaksuje. W sumie za dużo na tym wyjeździe planujemy. Dochodzę do wniosku, że chyba trzeba jechać prosto przed siebie nie planując zbytnio i nie zważając na atrakcje czy prognozę pogody... Atrakcje znajdą się same, a odpoczynek sprawi większą frajdę.

Wszechobecne fastfoody:



A na przsztawke marynowane robaki...



Więzienne tańce


Wylęgarnia krokodyli:

Krokodyl po obróbce:

Chaolong - pozostałość po  wietnamskich uchodźcach na Palawanie:

wtorek, 7 stycznia 2014

Kraj życzliwych ludzi

Mija tydzień odkąd przyjechaliśmy na Filipiny. Jutro opuszczamy Palawan i zaczynamy zwiedzać ich wschodnią część zaczynając od Cebu. Skacząc z wyspy na wyspę wokół Coron czy El Nido wielokrotnie byliśmy pełni zrozumienia dlaczego większość produkcji filmowych o rajskich plażach została nakręcona wlaśnie tutaj. Kolory wody i piasku są niepowtarzalne co w połączeniu z ukrytymi, bezludnymi plażami sprawia, że trochę można poczuć się jak w niebie. Nic dziwnego, że na jednej z wysp powstał kościół, którego wyznawcy uważają, że nowy raj zostanie utworzony w archipelagu Bacuit. Wszystkich, których uczucia religijne obrazi umieszczone poniżej zdjecie z góry przepraszamy, ale nasza banka (miejscowa łódka) zaparkowała tak, że musieliśmy wpław dostać się na brzeg. 

Tutejszy raj to nie tylko plaże, ale i ludzie. Od tygodnia nie otworzyliśmy sobie sami drzwi, zawsze jest ktoś kto z szerokim uśmiechem robi to za nas. Nie spotkaliśmy jeszcze osoby niemiłej bądź niechcącej służyć pomocą, nawet targując się obie strony pozostają radosne. Pierwszą tego oznaką była już droga taksówką z lotniska w Manili do hotelu. Taksówkarz, którego najpierw złapaliśmy obiecał włączyć taksometr, po czym jak już zaczeliśmy jechać i dopytaliśmy o stawkę okazało sie, że znacząco przewyższa ona nasze założenia, poprosił wiec abyśmy sie na niego nie obrażali, ale on za mniej nie chce jechać i w związku z tym za darmo podwiezie nas na najbliższy postój skąd złapiemy dużo tańszą taryfę. Spektakl życzliwości od tego momentu nie ustaje aż powoli sami zaczynamy mówić do siebie Sir i Madame, których to zwrotów miejscowi używają w każdym zdaniu. Mamy podejrzenia, że jakby koś chciał wyrazić swoją dezaoprobatę dla naszej grupy też by tych zwrotów użyli mówiąc np get lost Sir albo go to hell Madame. 

Każdy raj ma jednak też swoje minusy, w naszym obecnym potwornie brakuje ... soli. Niby rzecz błacha, ale dla naszych europejskich podniebień przyzwyczajonych do nadmiaru tego białego proszku nieco psująca wrażenia kulinarne. Zjeść na Filipinach można wszystko, od owoców morza, przez gady, robaki i wszelkie mięsa, zjeść coś posolonego poza Manila jeszcze nam się nie udało. Smak słony nie jest miejscowym obcy, do dań podawany jest albo sos sojowy albo sos rybny, oba słonawe, ale i zbyt mocno ingerujące w smak potraw. Grilowane ryby i owoce morza są przyrządzane w sposób tak minimalistyczny, że aż nieco psuje to ich smak. Uwielbiamy kalmary i krewetki, ale bez żadnych przypraw nawet one trochę dla nas tracą. I znowu wraca myśl, że najciężej białemu człowiekowi byłoby wrócić do natury w tym prostych smaków, świeżych, niedoprawionych produktów, których urok tkwi w ich naturalności a nie dodatkach. Jescze 10 dni walki z tymi tęsknotami za kulurą kulinarnego przesytu. 




Zbieramy muszelki

 
Pora lunchu



Sałatka z pieczonych bakłażanów z jajkiem na twardo




Grill na miejscowej ulicy z knajpkami, na pierwszym planie szaszłyk z kurzych jelit

Przyszliśmy w trakcie chwilowego blackoutu stąd świece



niedziela, 5 stycznia 2014

Raz na wodzie raz pod wodą

W 1944 roku ponad 20 statków japońskiej pomocniczej floty wojennej stacjonowało na wodach otaczających wyspę Busuanga na północy Palawanu. Stacjonowała w miejscu strategicznie idealnym, wśród bezludnych wysepek i bajkowych plaż. Miejsce idealne dopóki amerykańskie lotnictwo jednego wrześniowego dnia nie zbombardowało tylko pozornie bezpiecznych okrętów dając początek głównej atrakcji regionu - nurkowaniu we wrakach. Część z nich jest dostępne dla osób zupełnie niedoświadczonych posiadajcych sprzęt do snorklingu. Odwiedziliśmy 3 : Lusong, East Tangat i Skeleton Wreck leżące na głębokościach od 9 do kilkunastu metrów. Dotknąć wraku z II Wojny Światowej - bezcenne. Popatrzeć na chińskich turystów, którzy próbują zrobić to samo, ale strach pozwala im pływać jedynie w kamizelkach ratunkowych i wyglądać jak szkółka pływacka - równie interesujące. I jeszcze niektórym z powyższych nawet nie chce sie ruszać własnymi kończynami więc są ciagnieci na linie przez Filipińczyka. Dowód na destruktywny wpływ cywilizacji współczesnej na organizm człowieka, dla którego pływanie podobnie jak chodzenie powinno być czynnością podstawową a stało się drogo opłacaną przyjemnością. Czy może na to, że pieniądze są w stanie przezwyciężyć wszystkie ograniczenia jednostki. 

Całe przedpołudnie na i pod wodą wzmogło nasz apetyt. A jak innaczej można wyobrazić sobie posiłek idealny jak nie na białej plaży pod daszkiem z bambusa. Wstyd w takich warunkach zjeść coś innego niż świeże ryby, które przed wypłynięciem zakupiliśmy na targu. Nasz kapitan grilował je na każdym postoju na nurkowanie. Gdy my podziwialiśmy rafy nasze poranne zakupy piekły się na sporych rozmiarów grilu zamontowanym na jednej z burt. Wybór ryb na Filipinach jest ogromny, nie mogłoby być innaczej, na targu można kupić wszystko we wszystkich możliwych kolorach. Już w Manili zaintrygowała nas ryba Lapu Lapu z małymi centkami. Okazało się, że ma bardzo grubą skórę i sporo tłuszczu pod nią a mięso ma intensywne w smaku i soczyste. Drugim wyborem było Talahito przypominające strukturą naszą makrelę, porównywalne do ryb dostępnych w Polsce. Jako trzecią wybraliśmy Maje Maje pięknego koralowego koloru obdarzoną dodatkowo bardzo ciekawym, nieco skrobiowym (wcale nie zwariowałam) smakiem, przypominającą ziemniak (nie przegrzało mnie). Rybom towarzyszył ugotowany kleisty ryż i sos limonkowo-sojowy, nic więcej nie potrzebowaliśmy. 

Z dnia, których pierwszy raz spróbowaliśmy w Coron warto wspomnieć także sisig z tuńczyka (kawałki tuńczyka smażone z imbirem, skropione limonką z sadzonym jajkiem) oraz sinigang na hipon czyli zupę krewetkową a raczej bardzo intensywny wywar z tych skorupiaków. Jak na razie bez rozczarowań.
Przed przyjadem na Busuangę nieco obawialiśmy się, że skutki przejścia Yolandy (tajfun przeszedł dokładnie przez wyspę) nie pozwola nam w pełni cieszyć sie tym miejscem. Rzeczywiście wszędzie widać połamane gałezie i powyginane drzewa, ale widać też prace porządkowe, które powoli usuwają ślady katastrofy.  W miasteczku Coron śladów bardzo mało. Najgorsze co można byłoby teraz zrobić to zrezygnować, ze strachu, z przyjechania tu. 

Filipińskie patyczki, wątróbka, flaczki i mięsko

Coron
Na pierwszym planie sisig z tuńczyka, w tle krewetki w czosnku i chili
Wywar z krewetek
Targ w Coron



Śniadanko