poniedziałek, 30 grudnia 2013
W drogę
czwartek, 28 listopada 2013
Rzecz o kurze
Kurczak w czosnku:
niedziela, 24 listopada 2013
Gruzińska Gastronomiczna Repulika nieSocjalistyczna
czwartek, 14 listopada 2013
"Wino zawsze dobre"/ "вино всегда хорошые" (aut. Mediko)
Przez te wszystkie opowieści, wizyty w gruzińskich knajpach w Warszawie i świecie i przeczytane książki byłam bardzo dobrze przygotowana na miejscowe doznania smakowe. Wszyscy byliśmy, a było nas dużo bo aż jedenaście osób. Przyjemność pisania o kuchni zostawię Karolowi a sama chciałabym kilka słów wspomnieć o gruzińskich trunkach.
Butelkowe gruzińskie wina powszechnie dostępne w PL uwielbiam za ich delikatność, równowagę i intensywność smaku, wina, które piliśmy na miejscu w sumie do picia się nie nadawały, chyba że ktoś lubi napić się duszkiem octu winnego, mała przyjemność. Mimo to piliśmy różne kwaśne wynalazki, piliśmy ich dużo zbytnio się nie skarżąc, może trochę pod koniec wtedy przeszliśmy na butelki, ale ich zawartość też nie zachwycała. To dlaczego aż tyle piliśmy?
Myśl o uzależnieniu z góry odrzucam, po prostu w Gruzji wina jest ciężko odmówić. Jest tanie, dobrze schłodzone i pomimo iż octowe pije je się jak soczek bez konsekwencji dnia następnego. Całkowicie naturalny sposób jego produkcji hamuje skutki uboczne i pomimo iż nie pozwala na delektowanie się trunkiem umożliwia jego masową konsumpcję. Do tego tradycja picia zawsze w grupie, zawsze z licznymi toastami i zawsze duszkiem wprawia w dobry nastrój pomimo octowego smaku. Nasz gospodarz w Kutaisi - Suliko sam pędzi tysiąc litrów wina rocznie w plastikowych beczkach ustawionych w domowej piwnicy. Plastik i wino to profanacja tradycji, nie do końca gdyż wino to jest konsumowane tak szybko, że długo nie ma szans w tym plastiku poleżeć, trochę mu w tym pomogliśmy. Piliśmy z rogów, piliśmy ze słoika, misek, dzwonka, lejka z czego się dało, nawet ze szklanki :) Mieliśmy też szansę spróbować domowej roboty szampana i tu mogę wreszcie stwierdzić, że był naprawdę pyszny, może to dzięki wielkiemu ślimakowi, który pływał po jego powierzchni.
Jeszcze słówko o czaczy. Najlepszą piliśmy w Kazbegi z plastikowego baniaczka, w 100% domowej roboty, zmęczonych stawiała na nogi, chorych leczyła, zdrowym po prostu smakowała, litr kosztował 10 lari czyli ok 15 złotych. Kolejne już tak smaczne nie były, ale nawet wersje komercyjną przekładam nad hurtowe destylaty polskiej produkcji.
W Gruzji da się pić, nie zawsze ze smakiem, ale zawsze w towarzystwie i z przyjemnością, dobrze, że wyjazd trwał tylko parę dni.
środa, 30 października 2013
Świnia i ziemniak dobrana para
Chciałabym postawić tezę, że to, co zwierze je za życia dobrze do niego pasuje też na talerzu, nie wiem jednak czy nie jest ona zbyt brutalna i zbyt ogólne, niemniej jednak w przypadku wieprzowiny sprawdza się idealnie. Gdyż wieprzowina nie lubi wyszukanych dodatków, świetnie się odnajduje w towarzystwie rodzimych warzyw i owoców a ponad wszystko w kuchni naszej i wschodnich sąsiadów najczęściej występuje w towarzystwie ziemniaka. W jednym z sąsiadujących z Polska krajów duet ten ma szczególne znaczenia, a nawet można powiedzieć, że dla przyjezdnego cała kuchnia wydaje się na nim oparta - witam na Litwie.
Od Wilna dzieli nas zaledwie 50 min postnego lotu, ale nie będę tu pisać o dietetycznej polityce PL LOT, po których lądujemy niby tak blisko Polski a jednak już w innej strefie wpływów. Patrząc na obskurne bloczyska gdzie każdy balkon jest obudowany w inny sposób i równie zaniedbany można się trochę poczuć jak jeszcze dalej na wschodzie. Do tego pogoda też niestety tym razem temu bliskiemu sercu każdego Polaka miastu uroku nie dodawała. Było pochmurnie i deszczowo, co w towarzystwie ww. bloków sprawiało wrażenie smutku i zapomnienia. I co by tu zjeść, aby poczuć się trochę lepiej?
Wizyta w Wilnie była krótka, ale pierwszego dnia udało się znaleźć chwilę na odwiedzenie lokalnej knajpy. Pobyt na Litwie nie może być udany bez cepelinów faszerowanych wieprzowiną, pływających w skwarkach i oblanych śmietaną popitych świeżym kwasem chlebowym. Wszystkie cepeliny, które do tej pory na Litwie udało mi się zjeść zawsze były tak samo domowe, pyszne i tłuste niemiłosiernie. W pewnym momencie to wszystko, mięso, tłuszcz, śmietana i ciasto miesza się na talerzu tworząc niezbyt estetyczną abstrakcję, czerpiąc w motywów przewodnich tego wpisu, talerz zaczyna przypominać mały chlewik, ale właśnie taka mieszanka jest najlepsza i niskokaloryczną być nie może. Dla spragnionych jeszcze więcej ziemniaka w karcie znajdą się zawsze wszelkiego rodzaju zapiekanki, placki a nawet pizza na spodzie z tego bulwiastego warzywa. Do wszystkiego kwas, kwas i jeszcze raz kwas, pyszny, kwaśmy, słodzony rodzynkami z odrobiną kminku, pomaga w trawieniu . ziemniaków, leczy skutki dnia poprzedniego, w upały świetnie gasi pragnienie, taki kwas chciałabym móc kupić u nas. Powszechny w sprzedaży w Polsce karmelizowany ulepek, z chlebem ma niewiele wspólnego i leczniczymi właściwościami oryginału tym mniej. W menu zabrakło tym razem wędzonych uszu, świńskich rzecz jasna, które pokrojone w cienkie paseczki są świetną przegryzką, ale akurat w odwiedzanym lokalu nie mieli, albo może wstydzili się mieć .
O bezpodstawnym litewskim wstydzie kulinarnym muszę wspomnieć. Litwini, którzy organizowali mój pobyt w trakcie tej parodniowej wizyty unikali wszelkich powiązać ze swoją narodową kuchnią. W hotelu na śniadanie były wszelkie możliwe rodzaje sałat, francuskich serów, śledzi i english breakfest, z rzeczy litewskich niezbyt okazała ilość ciemnego wileńskiego chleba. Na obiady i kolację gospodarze bezwzględnie trzymali się dań z łososia unikając wszelkich nawiązań do lokalnej kuchni. Zapytani przez Karola parę miesięcy wcześniej podczas jego wizyty w Wilnie, dlaczego nie ma kuchni litewskiej odpowiedzieli, że jest za tania. Czy jednak tania oznacza aż tak złą, aby się jej wstydzić przed przyjezdnymi? Oj towarzysze litewscy jedzcie łososia, ale nam dajcie tłuste cepeliny, tanie, sycące i pyszne!
wtorek, 15 października 2013
Bliska podróż po odległe doznania smakowe
Zakładaliśmy, że na blogu o zdarzeniach kulinarnych w Polsce pisać nie będziemy m.in. nie chcemy robić konkurencji licznej grupie blogerów, którzy już to czynią a także ponieważ niestety mało miejsce oferujących egzotyczne smaki w naszej ojczyźnie na wpis zasługuje. Nie jest bardzo źle i coraz więcej smacznych wyjątków z daleka zagląda do polskich miast wspominając choćby w Warszawie nepalską budę na Górczewskiej z niebiańskim paneerem w czosnku, gruziński Ararat na Sąchockiej gdzie wino leje się dzbanami czy mniej egzotyczną Klukovkę z kuchnią jak zza wschodnią granicą.
Czasami dobrze jest skorzystać z służbowego zaproszenia. Większość to dość sztywne imprezy z ubogą kuchnią i hymnem państwowym w tle, ale są i wyjątki. Ok. 2 tygodnie temu w najzimniejszy dotychczas dzień jesieni szybkim krokiem udaliśmy się do Arkad Kubickiego na imprezę promującą chilijski eksport poprze degustację tamtejszej ... kuchni. Zacna idea. Smaki Chile odbyły się do tej pory 7 razy w państwach potencjalnych importerów chilijskich dóbr. Dziękujemy obecnej władzy, że pozwoliła myśleć Chilijczykom, że i Polska do tej grupy należy.
W prawie mrozie i o zmierzchu zmierzając na miejsce pocieszaliśmy się myślą, że może będzie pisco sour i spekulowaliśmy czy pojawią się przegrzebki. Jak zwykle męski pierwiastek pełen optymizmu przyspieszał kroku marząc o pisco a żeński wciskając ręce w kieszenie z zimna coś pod nosem przebąkiwał, że przegrzebki za drogie jak na taki event.
Od opisu do meritum pora przejść. Na wejście rząd kelnerów oferujących chilijskie wina i pisco sour. Powiało optymizmem. Namierzywszy znajomych zaczęliśmy swobodną konwersację przy drinku gdy pojawiły się Panie niosące przegrzebki w w czosnku z salsa verde, robiło się coraz milej. Po przegrzebkach było ceviche z ośmiornicy i krewetka na musie z awokado, do popicia bardzo esencjonalny bulion z grzybów, właściwie shot jak do wódki doprawiony wędzoną papryką. Szczęśliwi kulinarnie ci Chilijczycy mając wybór produktów z paru stref klimatycznych na terenie jednego państwa.
I wtedy na końcu sali otworzyły się ciężkie kotary za którymi ukazało się kolejne pomieszczenie zastawione stolikami przygotowanymi na kolację dla kilkuset osób, po której wszyscy chcieliśmy krzyczeć viva Chile, viva Pilar Rodriguez(szefowa kuchni). Zdjęć nie wypadało robić więc zakosiliśmy menu i wrzucamy parę przepisów z książki kucharskiej, którą dostaliśmy na wyjście (kolejny świetny pomysł promocji kraju).
Kilka słów o kolacji - była idealna, absolutnie odlecieliśmy na 2 godziny na zachodnią półkulę. Na przystawkę zupa z wędzonych owoców morza, pomysł do powtórzenia w domu, wystarczy do zwykłej, albo i niezwykłej, zupy z owoców morza dorzucić trochę wędzonki i zaostrzyć świeżą chili i jest. Potem łosoś z kruszonką na komosie ryżowej i jagnięcina z bobem, ziemniaczkami i ciemnym sose. Na deser domowej roboty lody, wyśmienite, inne wino do każdego dania. Chardonnay do łososia smakowało liśćmi tytoniu (wiem bo w dzieciństwie eksperymentowałam z tytoniem do fajki taty, pachniał i smakował podobnie), Syrah do jagnięciny był natomiast głęboki i zabójczo mocny, na koniec kieliszeczek pisco.
Wychodząc razem z innymi rozbawionymi szczęściarzami wieczór wydał się jakby cieplejszy a lądowanie z powrotem w polskiej rzeczywistości zupełnie przyjemne.
Ajiaco (dla 6 osób):
400 gramów pieczeni wołowej
20 ml oliwy z oliwek
2 ząbki czosnku
300 gramów pokrojonej cebuli
100 gramów marchewki pokrojonej w paski
50 gramów czerwonej papryki w paskach
700 gramów obranych ziemniaków, pokrojonych w ćwiartki
3 litry bulionu wołowego
6 jajek
Przyprawy: kolendra, chili, sól, czerwona papryka, kminek mielony, oregano, liście laurowe
Wykonanie:
Przygotować pieczeń, gotową pokroić na małe kawałki
Cebulę z czosnkiem zeszklić na oliwie i dodać pokrojoną marchewkę i paprykę. Dodać przyprawy oprócz świeżej kolendry i chili. Dodać pokrojone ziemniaki i podsmażyć chwilę.
Następnie dodać mięso i bulion i gotować 20 min
Podawać wykładając mięso i warzywa na talerz, zalewać bulionem a na wierzch położyć jajko ugotowane w koszulce w międzyczasie w części odlanego bulionu.
Ceviche z łososia (dla 4 osób):
2 filiżanki surowego łososia pokrojonego w małe kawałki
szczypiorek wedle uznania
pokrojona czerwona papryka wedle uznania
50 ml soku z cytryny
2 łyżki oliwy z oliwek
2 łyżeczki świeżego chili
1/2 filiżanki kaszy quinoa
1/2 pomidorów posiekanych w drobną kostkę
2 łyżki kolendry
mieszanka sałat
Wykonanie:
Wymieszać łososia z papryką, szczypiorkiem, solą, świeżą chili, sokiem z cytryny i trochę oliwą z oliwek.
Ugotować quinoa i doprawić sokiem z cytryny, świeżą kolendrą, oliwą z oliwek, solą, pieprzem i dodać pokrojone pomidory.
Na liściach sałaty skropionych cytryną ułożyć quinoę, na niej łososia. Chłonąć wszystkimi zmysłami!
sobota, 14 września 2013
Stimigliano
Po wielu miesiącach domysłów i wyobrażeń wreszcie dotarliśmy do głównego celu naszej krótkiej, aczkolwiek intensywnej włoskiej podróży - do Stimigliano. Na dworcu kolejowym, u podnóży wioski już wyczekiwał nas nasz gospodarz - Mirek, który jest pasterzem zabłąkanych mieszkańców tej uroczej wioski.
Stimigliano ma szansę stać się miejscem dla nas wyjątkowym, nie będę jednak o tym pisał, bo to melodia przyszłości. Skupię się na teraźniejszości, a w zasadzie jako, że już wróciliśmy do jesiennej polskiej rzeczywistości to na przeszłości.
Stimigliano jest miejscem bajkowym - to malownicza wioska położona na szczycie góry, skąd rozpościera się piękny widok na podrzymską okolicę. U podnóża spokojnie płynie Tyber - do Rzymu płynąc rzeką będzie jakieś 30 km. Ziemia tu hojna, więc, choć to zabrzmi nieco ludowo, kuchnia bogata.
Już na początek zostaliśmy podjęci rewelacyjnym białym winem. Miejscowi nie kupują wina w sklepie. Przecież to bezsens jak pod nosem ma się do dyspozycji cudowne trunki przygotowywane bądź to samodzielnie, bądź przez sąsiadów.
Uroczeni lokalnymi trunkami wybraliśmy się na zwiedzanie cudnej okolicy. Zostało ono zwieńczone przejazdem do Romolo - lokalnego karczmarza znanego z najlepszego garmażu w okolicy. I był to chyba największy gwóźdź programu - Romolo bowiem sam wytwarza większość spożywanych później składników dodań. I tak wszystkie szynki, sery, warzywa są absolutnie świeże i lokalne. Do tego samodzielnie wytwarzane wino, grappa i inne trunki czynią pobyt niezapominanym Już samo antipasti oznaczało istną orgię smaków. Na stół wjechały różnorakie grillowane warzywa (posypane zgodnie ze sztuką parmezanem pomieszanym z bułką tartą), mozarelle "buffale", szynki i znakomite kiełbaski smażone na oliwie z czarnymi oliwkami. W zasadzie po solidnej porcji antipasti mieliśmy już dość. Romolo oświadczył jednak, że najwyższy czas na pierwsze danie. Jako, że lokal jest absolutnie dla miejscowych nie ma tam menu - je się akurat to co w danym dniu jest szykowane- my mieliśmy szczęście na pierwsze spróbować fantastycznego makaronu ze świeżymi truflami (olej truflowy, nie zastąpi tego smaku nawet w 10%) oraz przepysznej, choć idealnie ubogiej i prostej lasagni (w porównaniu z jej polską odpowiedniczką bez beszamelu i niezliczonej ilości sera). W sumie powinniśmy zjeść danie główne - niestety skapitulowaliśmy - nasze żołądki nie są przygotowane na prawdziwie włoski sposób jedzenia.
Zapomniałbym jeszcze wspomnieć o cudownym czerwonym winie, które w dość dużych ilościach zostało spożyte w trakcie posiłku. Jednak w obecności Mirka nie mogło być inaczej. W końcu jak śpiewa poeta w piosence "(...) ksiądz Mirek - ma w sobie mirrę, kadzidło i wino...".
wtorek, 3 września 2013
Habemus Pizza
Gorgonzola, kiełbasa i Karol
Purtroppo finito
poniedziałek, 6 maja 2013
Babskie podsumowanie
Pierwsza konkluzja - jeszcze lepiej się przygotowywać do wyjazdów i nie wierzyć przewodnikom. Gdybyśmy choć trochę znali region cała trasa wyglądałaby na pewno innaczej. Pewnie ominelibyśmy rozjeżdżoną pustynie solną Uyunii na rzecz dluższego pobytu w selvie. I Pewnie ograniczylibyśmy Boliwię na rzecz północnego Peru.
Druga konkluzja - oba kraje są bardzo turystyczne i w obu podróżuje się z łatwością nie licząc boliwijskich strajków i osunięć dróg, ale i wtedy jest zawsze jakaś inna droga. Peru jest turystyczne w zachodnim stylu, duże atrakcje są bardzo drogie i świetnie zarządzane, turystów traktuje się przyjaźnie i z uśmiechem więdząc, że zostawią w kraju dużo waluty, bardzo dba się też o ich bezpieczeństwo. W Boliwii na turystę patrzy się trochę jak na wypchany portfel, ludzie są nieufni i mniej przyjaźni i szukają często możliwości, aby na gringo zarobić. A co najgorsze wszystkie przewodniki każą ich głaskać po główce i się nie targować, bo niby tacy biedni ci Boliwijczycy. My mówiliśmy basta oszustom! Żaden, nawet najbiedniejszy obywatel nas w konia robić nie będzie!
Konkluzja trzecia będzie kulinarna. Tutaj przewodniki prawdę mówiły i najlepiej jedliśmy w Limie, najsmacznij i najróżnorodniej. Lima kulinarnie wygrała. Oddalając się od peruwiańskiej stolicy kuchnia stawała się coraz mniej doprawiona i cięższa, ale nadal znajdowaliśmy perełki jak pstrąg nad Titicacą czy pierożki na ulicach La Paz - najlepsze na świecie, pełne wrzącego sosu, pyszne. W Boliwii przyprawy prawie całkowicie zaginęły, ale o dziwo nasze żołądki też odzyskały zdrowie (inna flora bakteryjna zawsze wywoła jakieś nieprzyjemne konsekwencje, na szczęście antybiotyki są na sztuki i bez recepty). Jednak sprawdza się zasada, że im biedniejszy kraj tym wszystko świeższe i bardziej domowe. Na najlepsze danie wyjazdu wybieram Tamales (opis w pierwszym wpisie z Limy) i steka u Gastona, o którym nadal marzę.
Must see w Peru:
- Święta Dolina Inków czyli Pisac, Olantayambo i Machu Pichu, warte każdych zakwasów,
- Arequipa za piękno zabudowy i atmosferę
Must see w Boliwii:
- kopalnie w Potosi, jedyna taka okazja i dreszczyk emocji jak pierwszy raz w życiu odpala się dynamit
- selva i Santa Cruz za tropikalny klimat, naszego kierowcę rajdowcę, który na przemian żół kokę w przyjmował jej bardziej skrystalizowaną wersję i domową kuchnię w środku wielkiego lasu
Było intensywnie, różnorodnie i atrakcyjnie a jeśli gdzieś zabrakło czasu to w strefie lasów tropikalnych gdzie ludzie są najbardzij otwarci i otoczenie najbardziej odmienne od tego co możemy znaleźć w Europie. Chyba w jednej kwestii (przynajmniej ten jeden raz) byliśmy zgodni - kolejne wakacje chcemy gdzieś gdzie będzie parno, będą rosły wszelkie możliwe drzewka owocowe a ludzie będą półnadzy i uśmiechnięci, może Brazylia, może Karaiby ...
niedziela, 5 maja 2013
Szczęśliwe zakończenie
Było to naprawdę szczęśliwe zakończenie. Już sam zapach ośmiornic z grilla przyprawił nas o lekki zawrót głowy. Każde maleństwo spoczywało na wyśmienitym ziemniaczanym łóżeczku ozdobionym kawałkiem smażonej papryki i kroplą ziołowego sosu, kompozycja idealna, nie śmialiśmy się odezwać aby nie burzyć tej doniosłej chwili.
Acuria znany jest z umiłowania do regionalnej kuchni. Pomimo swojej europejskiej edukacji gastronomicznej w każdej z restauracji używa głównie lokalnych składników i przepisów. Panowie poraz koejny w trakcie wycieczki skusili się na klasykę w postaci rocoto relleno (faszerowana papryka) , Pani odkryła w sobie mordercę i zapragnęła krwistego steka z karmelizowaną cebulką i sosem berneńskim. Oba dania były wyśmienite. Papryka odpowiednio ostra z mięsnym farszem doprawionym orzechami i rodzynkami. Stek, ohhh mój stek, był idealny. Pachnący dymem, wspaniale różowy i mięki w środku i wyśmienicie wypieczony. Tak, moje mięsko pokonało paprykę, pokonało ośmiornicę, było idealnym dopełnieniem dnia, wycieczki i czystą rozkoszą.
Jednak i mistrzowie popełniają błędy i deser w postaci sufletu czekoladowego stanowił rozczarowanie, które gdyby nie perfekcyjna obsługa, położyłoby się cieniem na całości posiłku. Rozczarowanie wynikało z kokosowej posypki i 30 sekund za długo w piecu. Ale mając na uwadzę stek wybaczam i po powrocie skoczę na sufleciątko do Wedla aby wyeliminować te niemiłe deserowe wspomnienia.
piątek, 3 maja 2013
Salar de Uyuni i okolice czyli turystyka masowa
Alternatywne zwiedzanie jest raczej odradzane. Nawet mając własny motor bądź 4x4 trasa jest po prostu niebezpieczna przez brak wyznaczonych dróg, liczne rozpadliny solne i ogromną bezludną przestrzeń. Zresztą tą samą trasą, którą my jechaliśmy bedą ścigać się w 2014 roku uczestnicy rajdu Dakar, w pewien sposób opisuje to jej stopień trudności.
Sama pustynia solna jest tak rozjeżdżona przez wycieczki (w sezonie dziennie wyjeżdża 50 samochodów) że powoli traci swoją nieskazitelną białość. Z najwięksych rozczarowań: drzewa skalne a raczj jedno drzewo obfotografowane prze milion turystów i cmentarzysko pociągów, które bardziej przypomina śmietnisko, na którym szaleją miejscowi i zagraniczni graficiarze. Poza tym krajobrazy piękne zresztą oceńcie sami.



























