poniedziałek, 30 grudnia 2013

W drogę

Tym razem Filipiny. Już od jakiegoś czasu z tęsknotą spoglądaliśmy na Azję i wspominaliśmy jej raj kulinarny, w końcu nie wytrzymaliśmy i jutro ruszamy. Aby jeszcze bardziej przypomnieć sobie ulubione i nieosiągalne w Polsce (i większości krajów europejskich smaki) lecimy przez Pekin, w pierwszą stronę z 10 godzinnym postojem w drugą nawet z noclegiem.

 
Z Pekinu głównie cieszą się nasze podniebienia, to co musimy zjeść już dawno mamy ładnie spisane, i w znakach i w pinyin, aby nie było wątpliwości jeśli menu akurat będzie bez zdjęć. Zresztą element w niepewność w chińskiej kuchni jest miłym urozmaiceniem. Już pojutrze (aż mi słabo z głodu na samą myśl) na stole pojawią się smażone bakłażany, wołowina z fasolką, kurczak z orzeszkami, może kaczuszka po pekińsku, sama klasyka. Mamy tez nadzieje znaleźć czas na ujgurski makaron i patyczki. Zresztą na patyczki czasu nie trzeba mieć, bo są najłatwiejszym i najszybszym chińskim street foodem. Już mi się marzą wszelkiego rodzaju owoce morza nadziane na drewniana pałeczkę i pachnące dymem z ulicznego grilla. Marzą mi się też pieczone w ten sposób pędy czosnku i grzyby herbaciane. Nie muszę wspominać, że hostel w którym śpimy znajduje się obok dużej liczby knajpek i ulicy z szaszłykami. 

A od Manili począwszy czekają nasz kolejne kulinarne odkrycia. Trochę już na temat kuchni filipińskiej czytaliśmy, ale brak jest na rynku wyczerpujących opracowań. Ze względu na dużą liczbę narodów, które przybywały na Filipiny na przestrzeni wieków w tamtejszej kuchni można podobno znaleźć wszystko od wpływów chińsko-japońskich, naturalne ze względu na bliskość geograficzną, po równie naturalne pozostałości okresu odkryć geograficznych w postaci dań hiszpańskich i latynoskich (mam ogromną nadzieję, że bez koszmaru ostatnich wakacji w postaci chicharonów vide opis lunchu w Arequipie) aż po czasy współczesne i amerykańskie barbecue. Jest też parę dań ekstremalnych na liście do zjedzenia specjalnie z myślą o Karolku a więc płody kacze i wszelkie robale, zresztą robala to i sama z przyjemnością „wciągnę”. Z tego co pamiętam są całkiem niezłą wysokobiałkową przekąską do piwa, lub rumu, bo podobno rum właśnie jest najbardziej popularnym filipińskim napitkiem. Brzmi różnorodnie i dość zachęcająco weryfikacja nastąpi w praktyce.

Głód rośnie, nie mogę już pisać, jedźmy jak najszybciej.

Poniżej mapa miejsc, w którym będziemy jeść







czwartek, 28 listopada 2013

Rzecz o kurze

Pomimo, iż dla Gruzinów kura to nie mięso to jednak bardzo ważny składnik kaukaskiej kuchni, który w paru wersjach szczególnie nas urzekł. Na wstępie trzeba zaznaczyć, że gruzińska kura różni się od powszechnej polskiej przede wszystkim kolorem po oskubaniu. Kurczaki żyją na wolności, skubią sobie, co im pod dziób wpadnie i dzięki temu ich skóra zyskuje śliczny żółty kolor a tusza nabiera obłych kształtów. Kury te leżą oskubane na wszystkich bazarach, czasami pojedynczo, czasami w większych grupach i aż mówią kup mnie i ugotuj. Nam szczególnie przypadł do gustu pieczony kurczak w sosie z czosnku i czichirtma z kury, poniżej oba przepisy (już sprawdzone):

Kurczak w czosnku:
5 ćwiartek kurczaka, które dzielimy na mniejsze części
oliwa (masełko dla mniej liczących kalorie)
śmietana 18%
sól, pieprz
dużo obranych ząbków czosnku w zależności od gustu

Ćwiartki dzielimy na mniejsze części, solimy, pieprzymy i obsmażamy na oliwie bądź masełku na złoto. Następnie przekładamy do brytfanki i pieczemy w piekarniku na jeszcze bardziej złoty kolor, aż mięso będzie łatwo odchodzić od kostek. Zlewamy trochę soków, które puścił kurczak do garnuszka, który stawiamy na gazie/płycie, dorzucamy drobno posiekany albo wyciśnięty czosnek i podsmażamy, następnie stale mieszając dodajemy do masy powoli śmietany tyle, aby nadal mocno czuć czosnek. Wykładamy kurczaka na półmisek i nierówno polewamy sosem. Proste i pyszne.

Czichirtma z kury (czyli rosół z octem i jajkiem)
Rodzajów rosołów jest tyle ile rodzin w Polsce, więc nie będę podawać przepisu, należy ugotować rosół i wyjąć mięso i podzielić na kawałki (w Gruzji raczej ze skórą, ja wolę bez).
Poza tym:
4-6 żółtek (6 na 2,5 L wywaru)
3-4 cebule
4 łyżki masła
3-4 łyżki białego octu winnego
3-4 ząbki czosnku
łyżka mąki pszennej
świeża kolendra
sól i pieprz

Cebule siekamy i szklimy na połowie masła. W garnuszku robimy zasmażkę z reszty masła i mąki. Do zasmażki dolewamy pół szklanki wywaru i dodajemy cebulę, mieszamy, podgrzewając do połączenia wszystkich składników. Wlewamy do reszty czystego rosołu i gotujemy przez parę minut. Żółtka ucieramy z solą dodając ocet i dużo posiekanej kolendry. Następnie dorzucamy sprasowany czosnek, pieprzymy do smaku. Masę rozprowadzić w połowie szklanki wywaru ciągle mieszając. Zupę zdjąć z gazu/płyty i dodać mieszając masę jajeczną, następnie jeszcze chwile podgrzać. Nie można zagotować. Do talerzy wkładamy kawałki kurczaka, zalewamy zupą i obficie posypujemy kolendrą. Brzmi może dziwnie, ale smakuje wybornie.


Na zakończenie jeszcze wspomnę, że równie mocno jak powyższe dania pokochaliśmy sałatkę z zimnych ozorków, którą raz zamówiliśmy na przystawkę. Ugotowane ozorki były doprawione bardzo dużą ilością startej rzodkiewki, koperku, solą, pieprzem i sosem śmietanowo-majonezowym. Były również fantastyczne!

niedziela, 24 listopada 2013

Gruzińska Gastronomiczna Repulika nieSocjalistyczna


Moja druga połowa rozpisała się w poprzednim wpisie na temat gruzińskich alkoholi. Zgadzam się z nią – smaki świeżego gruzińskiego wina może nie wygrałyby konkursu na najbardziej wysublimowany bukiet czy zapach. Jednak wino w Gruzji pełni zupełnie inną funkcję niż w Europie – pije się go dużo, bo (to udowodnione) socjalizuje ludzi i co naszym zdaniem ważniejsze, pasuje pod garmaż.


I to właśnie gruzińskie jedzenie będzie bohaterem dzisiejszego wpisu.

Myślę, że moja nieskrywana sympatia do tego kraju wywodzi się właśnie z uwielbienia garmażu. Nie można nie lubić narodu, który tak bardzo uważa znakomite jedzenie! Pamiętam mój pierwszy pobyt w Gruzji w 2005 r. Razem z kolegami dojechaliśmy do Tbilisi po męczącej nocnej podróży pociągiem z Baku. Wchodzimy do metra… zjeżdżamy ruchomymi schodami, nagle ktoś nas woła i pyta czy my z Polszy. Facet nazywał się Zwiad i był pierwszym poznanym przeze mnie Gruzinem. Spotkanie było krótkie. Nim zdążyliśmy zjechać schodami na peron, Zwiad zaprosił nas na obiad do pobliskiej knajpy… Wtedy po raz pierwszy zetknąłem się z rozmaitościami kulinarnymi tego kraju. W Polsce nie panowała wówczas jeszcze moda na wszystko co gruzińskie – musiałem czekać aż do 2009 r. na kolejne odwiedziny, w między czasie próbując gruzińskich specjałów w knajpach na Ukrainie i w Rosji.

Ale wróćmy do naszego krótkiego, listopadowego wypadu (w tym miejscu podziękowania dla linii WizzAir za odważny krok i otwarcie trasy Warszawa-Kutisi). Przez 4 dni pobytu zdążyliśmy zaliczyć 7 restauracji i jedną kolację u Gruzinów z Kutaisi. Wynik niezły, choć oczywiście w przyszłości można nad nim popracować J

Kilka uwag generalnych co do gruzińskiej kuchni:
- Generalnie brak jest knajp złych – mogą być rewelacyjne, dobre, średnie, nigdy złe – nie przetrwałyby konkurencji rynkowej. Gruzini uwielbiają jedzenie w knajpach (zresztą ceny same ich do tego zachęcają). ZŁYCH knajp po prostu nie ma.
W knajpach menu z reguły jest bardzo podobne, zawierając przegląd całej kuchni gruzińskiej. Gdybym w Polsce spotkał się z tak ułożoną kartą, omijałbym daną restaurację. W Gruzji istnieje jednak inne podejście do gotowania. Fakt, na posiłki czeka się dość długo – wszystko gotowane jest jednak na świeżo (do tego stopnia, że pewnego razu otrzymaliśmy bakłażany z orzechami, które były dopiero co usmażone i nawet nie wystudzone).
- Dla rozjaśnienia osobom niewtajemniczonym – każda gruzińska restauracja przyrządzać będzie zawsze: chaczapuri (coś a’la gruzińska pizza, tylko lepsza) w różnych odmianach po imeretyńsku (ser tylko w środku), po megrelsku (ser pomieszany z jajkiem w środku i na zewnątrz), po adżarsku (w kształcie łódeczki z serkiem, masełkiem i żółtkiem), bywa też odmiana wysokogórska po abchasku (z mięsem, serem i ostrymi przyprawami w środku); Chinkali, czyli gruzińskie pierożki 2w1 bo poza mięsem w środku mają bulion; szaszłyki i mięsiwa w wersjach przeróżnych – same, z dodatkiem frytek etc; dla miłośników kuchni wegetariańskiej: kurczak w zupach oraz w ziołach (dla Gruzinów kurczak to nie mięso) oraz fantastyczne bakłażany z orzechami, pomidory, ogórcy i szpinak, zapomniałbym o lobio, czyli fasoli.
- W knajpach rządzi idea wspólnego stołu – szczególnie ciekawie wygląda przy 11 osobowej grupie – zamówienie składało się z co najmniej 8-10 dań. Jedzenie i picie przy wspólnym stole zdecydowanie uprzyjemnia długi czas oczekiwania na posiłek.


    - Dementi Drugiej Połowy – wcale długo w knajpach się nie czeka, pomimo że wszystko jest robione na świeżo dania podają szybciej niż znika pierwszy litr wina. Po drugie jest parę elementów kuchni bardzo charakterystycznych dla Gruzji i pojawiających się prawie w każdym daniu a są to: zielenina (zawierająca zawsze świeżą kolendrę), orzechy laskowe (jako dodatek do sałatek, ale i zup jak np. charczo, czyli sycąca zupa mięsna z dodatkiem pomidorów i ryżu z masą orzechową, które zwaliło nas z nóg), czosnek (świeży, wszędzie!) i sól w dużej ilości.

Zgrzeszyłbym, jeśli zapomniałbym napisać o naszych kutaiskich znajomych, czyli Suliko i Mediko, u których mieliśmy przyjemność zanocować po przylocie z Warszawy. W skrócie Suliko bawi towarzystwo domowej roboty winem i szampanem (w tym roku zrobił tylko ponad 1000 litrów wina i 200 l. szamapńskowo), a Mediko, jego małżonka, kontroluje stopień upojenia alkoholowego oraz sporządza strawę. Zdaniem mojej drugiej połowy, kolacja przez nią przygotowana składająca się z kurczaka w ziołowo-pomidorowym sosie, smażonej mamuciej fasolki z przyprawami, ryżu z grzybami i marnowanych warzyw, była najlepszym posiłkiem w czasie naszego pobytu. Wszystko było smaczne, świeże i domowe. Co najważniejsze na koniec Mediko przekazała Idze sekrety gruzińskich przypraw (zdążyliśmy już wytestować – efekt piorunujący)

Wystarczy chyba impresji, resztę udokumentowały zdjęcia.













PS. W kolejnym wpisie napiszemy kilka ciekawych  i sprawdzonych przez nas gruzińskich przepisów.

czwartek, 14 listopada 2013

"Wino zawsze dobre"/ "вино всегда хорошые" (aut. Mediko)



Z takim przeświadczeniem i nadzieją jechałam 30 października do Gruzji. Mój pierwszy raz w kraju, o którym od paru lat ciągle słucham i to ciągle dobrych rzeczy: że kuchnia wspaniała, ludzie życzliwi a krajobrazy piękne. Raz już nawet bilet był kupiony, ale praca zmusiła mnie to rezygnacji z wyjazdu, a później przez parę lat nie było okazji i wreszcie w tym roku udało się.

Przez te wszystkie opowieści, wizyty w gruzińskich knajpach w Warszawie i świecie i przeczytane książki byłam bardzo dobrze przygotowana na miejscowe doznania smakowe. Wszyscy byliśmy, a było nas dużo bo aż jedenaście osób. Przyjemność pisania o kuchni zostawię Karolowi a sama chciałabym kilka słów wspomnieć o gruzińskich trunkach. 

Butelkowe gruzińskie wina powszechnie dostępne w PL uwielbiam za ich delikatność, równowagę i intensywność smaku, wina, które piliśmy na miejscu w sumie do picia się nie nadawały, chyba że ktoś lubi napić się duszkiem octu winnego, mała przyjemność. Mimo to piliśmy różne kwaśne wynalazki, piliśmy ich dużo zbytnio się nie skarżąc, może trochę pod koniec wtedy przeszliśmy na butelki, ale ich zawartość też nie zachwycała. To dlaczego aż tyle piliśmy?



Myśl o uzależnieniu z góry odrzucam, po prostu w Gruzji wina jest ciężko odmówić. Jest tanie, dobrze schłodzone i pomimo iż octowe pije je się jak soczek bez konsekwencji dnia następnego. Całkowicie naturalny sposób jego produkcji hamuje skutki uboczne i pomimo iż nie pozwala na delektowanie się trunkiem umożliwia jego masową konsumpcję. Do tego tradycja picia zawsze w grupie, zawsze z licznymi toastami i zawsze duszkiem wprawia w dobry nastrój pomimo octowego smaku. Nasz gospodarz w Kutaisi - Suliko sam pędzi tysiąc litrów wina rocznie w plastikowych beczkach ustawionych w domowej piwnicy. Plastik i wino to profanacja tradycji, nie do końca gdyż wino to jest konsumowane tak szybko, że długo nie ma szans w tym plastiku poleżeć, trochę mu w tym pomogliśmy. Piliśmy z rogów, piliśmy ze słoika, misek, dzwonka, lejka z czego się dało, nawet ze szklanki :) Mieliśmy też szansę spróbować domowej roboty szampana i tu mogę wreszcie stwierdzić, że był naprawdę pyszny, może to dzięki wielkiemu ślimakowi, który pływał po jego powierzchni. 


Jeszcze słówko o czaczy. Najlepszą piliśmy w Kazbegi z plastikowego baniaczka, w 100% domowej roboty, zmęczonych stawiała na nogi, chorych leczyła, zdrowym po prostu smakowała, litr kosztował 10 lari czyli ok 15 złotych. Kolejne już tak smaczne nie były, ale nawet wersje komercyjną przekładam nad hurtowe destylaty polskiej produkcji.


 

W Gruzji da się pić, nie zawsze ze smakiem, ale zawsze w towarzystwie i z przyjemnością, dobrze, że wyjazd trwał tylko parę dni.






                                                  
                                                       gospodarz, jego czara i zastawa                                                    





gry i zabawy oraz domowa winiarnia i szampaniarnia

pierwsza tura szampana 

środa, 30 października 2013

Świnia i ziemniak dobrana para


Chciałabym postawić tezę, że to, co zwierze je za życia dobrze do niego pasuje też na talerzu, nie wiem jednak czy nie jest ona zbyt brutalna i zbyt ogólne, niemniej jednak w przypadku wieprzowiny sprawdza się idealnie. Gdyż wieprzowina nie lubi wyszukanych dodatków, świetnie się odnajduje w towarzystwie rodzimych warzyw i owoców a ponad wszystko w kuchni naszej i wschodnich sąsiadów najczęściej występuje w towarzystwie ziemniaka. W jednym z sąsiadujących z Polska krajów duet ten ma szczególne znaczenia, a nawet można powiedzieć, że dla przyjezdnego cała kuchnia wydaje się na nim oparta - witam na Litwie.

Od Wilna dzieli nas zaledwie 50 min postnego lotu, ale nie będę tu pisać o dietetycznej polityce PL LOT, po których lądujemy niby tak blisko Polski a jednak już w innej strefie wpływów. Patrząc na obskurne bloczyska gdzie każdy balkon jest obudowany w inny sposób i równie zaniedbany można się trochę poczuć jak jeszcze dalej na wschodzie. Do tego pogoda też niestety tym razem temu bliskiemu sercu każdego Polaka miastu uroku nie dodawała. Było pochmurnie i deszczowo, co w towarzystwie ww. bloków sprawiało wrażenie smutku i zapomnienia. I co by tu zjeść, aby poczuć się trochę lepiej?

Wizyta w Wilnie była krótka, ale pierwszego dnia udało się znaleźć chwilę na odwiedzenie lokalnej knajpy. Pobyt na Litwie nie może być udany bez cepelinów faszerowanych wieprzowiną, pływających w skwarkach i oblanych śmietaną popitych świeżym kwasem chlebowym. Wszystkie cepeliny, które do tej pory na Litwie udało mi się zjeść zawsze były tak samo domowe, pyszne i tłuste niemiłosiernie. W pewnym momencie to wszystko, mięso, tłuszcz, śmietana i ciasto miesza się na talerzu tworząc niezbyt estetyczną abstrakcję, czerpiąc w motywów przewodnich tego wpisu, talerz zaczyna przypominać mały chlewik, ale właśnie taka mieszanka jest najlepsza i niskokaloryczną być nie może. Dla spragnionych jeszcze więcej ziemniaka w karcie znajdą się zawsze wszelkiego rodzaju zapiekanki, placki a nawet pizza na spodzie z tego bulwiastego warzywa. Do wszystkiego kwas, kwas i jeszcze raz kwas, pyszny, kwaśmy, słodzony rodzynkami z odrobiną kminku, pomaga w trawieniu . ziemniaków, leczy skutki dnia poprzedniego, w upały świetnie gasi pragnienie, taki kwas chciałabym móc kupić u nas. Powszechny w sprzedaży w Polsce karmelizowany ulepek, z chlebem ma niewiele wspólnego i leczniczymi właściwościami oryginału tym mniej. W menu zabrakło tym razem wędzonych uszu, świńskich rzecz jasna, które pokrojone w cienkie paseczki są świetną przegryzką, ale akurat w odwiedzanym lokalu nie mieli, albo może wstydzili się mieć .




O bezpodstawnym litewskim wstydzie kulinarnym muszę wspomnieć. Litwini, którzy organizowali mój pobyt w trakcie tej parodniowej wizyty unikali wszelkich powiązać ze swoją narodową kuchnią. W hotelu na śniadanie były wszelkie możliwe rodzaje sałat, francuskich serów, śledzi i english breakfest, z rzeczy litewskich niezbyt okazała ilość ciemnego wileńskiego chleba. Na obiady i kolację gospodarze bezwzględnie trzymali się dań z łososia unikając wszelkich nawiązań do lokalnej kuchni. Zapytani przez Karola parę miesięcy wcześniej podczas jego wizyty w Wilnie, dlaczego nie ma kuchni litewskiej odpowiedzieli, że jest za tania. Czy jednak tania oznacza aż tak złą, aby się jej wstydzić przed przyjezdnymi? Oj towarzysze litewscy jedzcie łososia, ale nam dajcie tłuste cepeliny, tanie, sycące i pyszne!

wtorek, 15 października 2013

Bliska podróż po odległe doznania smakowe

Zakładaliśmy, że na blogu o zdarzeniach kulinarnych w Polsce pisać nie będziemy m.in. nie chcemy robić konkurencji licznej grupie blogerów, którzy już to czynią a także ponieważ niestety mało miejsce oferujących egzotyczne smaki w naszej ojczyźnie na wpis zasługuje. Nie jest bardzo źle i coraz więcej smacznych wyjątków z daleka zagląda do polskich miast wspominając choćby w Warszawie nepalską budę na Górczewskiej z niebiańskim paneerem w czosnku, gruziński Ararat na Sąchockiej gdzie wino leje się dzbanami czy mniej egzotyczną Klukovkę z kuchnią jak zza wschodnią granicą. 

 Czasami dobrze jest skorzystać z służbowego zaproszenia. Większość to dość sztywne imprezy z ubogą kuchnią i hymnem państwowym w tle, ale są i wyjątki. Ok. 2 tygodnie temu w najzimniejszy dotychczas dzień jesieni szybkim krokiem udaliśmy się do Arkad Kubickiego na imprezę promującą chilijski eksport poprze degustację tamtejszej ... kuchni. Zacna idea. Smaki Chile odbyły się do tej pory 7 razy w państwach potencjalnych importerów chilijskich dóbr. Dziękujemy obecnej władzy, że pozwoliła myśleć Chilijczykom, że i Polska do tej grupy należy. 

W prawie mrozie i o zmierzchu zmierzając na miejsce pocieszaliśmy się myślą, że może będzie pisco sour i spekulowaliśmy czy pojawią się przegrzebki. Jak zwykle męski pierwiastek pełen optymizmu przyspieszał kroku marząc o pisco a żeński wciskając ręce w kieszenie z zimna coś pod nosem przebąkiwał, że przegrzebki za drogie jak na taki event.  

Od opisu do meritum pora przejść. Na wejście rząd kelnerów oferujących chilijskie wina i pisco sour. Powiało optymizmem. Namierzywszy znajomych zaczęliśmy swobodną konwersację przy drinku gdy pojawiły się Panie niosące przegrzebki w w czosnku z salsa verde, robiło się coraz milej. Po przegrzebkach było ceviche z ośmiornicy i krewetka na musie z awokado, do popicia bardzo esencjonalny bulion z grzybów, właściwie shot jak do wódki doprawiony wędzoną papryką. Szczęśliwi kulinarnie ci Chilijczycy mając wybór produktów z paru stref klimatycznych na terenie jednego państwa.

I wtedy na końcu sali otworzyły się ciężkie kotary za którymi ukazało się kolejne pomieszczenie zastawione stolikami przygotowanymi na kolację dla kilkuset osób, po której wszyscy chcieliśmy krzyczeć viva Chile, viva Pilar Rodriguez(szefowa kuchni). Zdjęć nie wypadało robić więc zakosiliśmy menu i wrzucamy parę przepisów z książki kucharskiej, którą dostaliśmy na wyjście (kolejny świetny pomysł promocji kraju). 


Kilka słów o kolacji - była idealna, absolutnie odlecieliśmy na 2 godziny na zachodnią półkulę. Na przystawkę zupa z wędzonych owoców morza, pomysł do powtórzenia w domu, wystarczy do zwykłej, albo i niezwykłej, zupy z owoców morza dorzucić trochę wędzonki i zaostrzyć świeżą chili i jest. Potem łosoś z kruszonką na komosie ryżowej i jagnięcina z bobem, ziemniaczkami i ciemnym sose. Na deser domowej roboty lody, wyśmienite, inne wino do każdego dania. Chardonnay do łososia smakowało liśćmi tytoniu (wiem bo w dzieciństwie eksperymentowałam z tytoniem do fajki taty, pachniał i smakował podobnie), Syrah do jagnięciny był natomiast  głęboki i zabójczo mocny, na koniec kieliszeczek pisco.



Wychodząc razem z innymi rozbawionymi szczęściarzami wieczór wydał się jakby cieplejszy a lądowanie z powrotem w polskiej rzeczywistości zupełnie przyjemne. 

Ajiaco (dla 6 osób): 
400 gramów pieczeni wołowej
20 ml oliwy z oliwek
2 ząbki czosnku
300 gramów pokrojonej cebuli
100 gramów marchewki pokrojonej w paski
50 gramów czerwonej papryki w paskach
700 gramów obranych ziemniaków, pokrojonych w ćwiartki
3 litry bulionu wołowego
6 jajek
Przyprawy: kolendra, chili, sól, czerwona papryka, kminek mielony, oregano, liście laurowe
Wykonanie:
Przygotować pieczeń, gotową pokroić na małe kawałki
Cebulę z czosnkiem zeszklić na oliwie i dodać pokrojoną marchewkę i paprykę. Dodać przyprawy oprócz świeżej kolendry i chili. Dodać pokrojone ziemniaki i podsmażyć chwilę.
Następnie dodać mięso i bulion i gotować 20 min
Podawać wykładając mięso i warzywa na talerz, zalewać bulionem a na wierzch położyć jajko ugotowane w koszulce w międzyczasie w części odlanego bulionu.

Ceviche z łososia (dla 4 osób):
2 filiżanki surowego łososia pokrojonego w małe kawałki
szczypiorek wedle uznania
pokrojona czerwona papryka wedle uznania
50 ml soku z cytryny
2 łyżki oliwy z oliwek
2 łyżeczki świeżego chili
1/2 filiżanki kaszy quinoa
1/2 pomidorów posiekanych w drobną kostkę
2 łyżki kolendry
mieszanka sałat
Wykonanie:
Wymieszać łososia z papryką, szczypiorkiem, solą, świeżą chili, sokiem z cytryny i trochę oliwą z oliwek.
Ugotować quinoa i doprawić sokiem z cytryny, świeżą kolendrą, oliwą z oliwek, solą, pieprzem i dodać pokrojone pomidory.
Na liściach sałaty skropionych cytryną ułożyć quinoę, na niej łososia. Chłonąć wszystkimi zmysłami!





sobota, 14 września 2013

Stimigliano


Po wielu miesiącach domysłów i wyobrażeń wreszcie dotarliśmy do głównego celu naszej krótkiej, aczkolwiek intensywnej włoskiej podróży - do Stimigliano. Na dworcu kolejowym, u podnóży wioski już wyczekiwał nas nasz gospodarz - Mirek, który jest pasterzem zabłąkanych mieszkańców tej uroczej wioski.

Stimigliano ma szansę stać się miejscem dla nas wyjątkowym, nie będę jednak o tym pisał, bo to melodia przyszłości. Skupię się na teraźniejszości, a w zasadzie jako, że już wróciliśmy do jesiennej polskiej rzeczywistości to na przeszłości.

Stimigliano jest miejscem bajkowym - to malownicza wioska położona na szczycie góry, skąd rozpościera się piękny widok na podrzymską okolicę. U podnóża spokojnie płynie Tyber - do Rzymu płynąc rzeką będzie jakieś 30 km. Ziemia tu hojna, więc, choć to zabrzmi nieco ludowo, kuchnia bogata.



Już na początek zostaliśmy podjęci rewelacyjnym białym winem. Miejscowi nie kupują wina w sklepie. Przecież to bezsens jak pod nosem ma się do dyspozycji cudowne trunki przygotowywane bądź to samodzielnie, bądź przez sąsiadów. 










Nowością dla mnie był ciekawy drink przygotowany przez Mirka a noszący piękną nazwę "corano"(w zależności od wyobraźni pijącego można pisać razem lub oddzielnie). Corano należy pić "co rano" bowiem orzeźwia on umysł i wprawia w dobre samopoczucie. Skład jest uinkatowy - pierwszy składnik jest typowy - to dostępne powszechnie w Polsce Campari. Należy je jednak zmieszać z białym winem ze Stimigliano, tylko ono nadaje poprawny smak temu zacnemu napitkowi.


Uroczeni lokalnymi trunkami wybraliśmy się na zwiedzanie cudnej okolicy. Zostało ono zwieńczone przejazdem do Romolo - lokalnego karczmarza znanego z najlepszego garmażu w okolicy. I był to chyba największy gwóźdź programu - Romolo bowiem sam wytwarza większość spożywanych później składników dodań. I tak wszystkie szynki, sery, warzywa są absolutnie świeże i lokalne. Do tego samodzielnie wytwarzane wino, grappa i inne trunki czynią pobyt niezapominanym  Już samo antipasti oznaczało istną orgię smaków. Na stół wjechały różnorakie grillowane warzywa (posypane zgodnie ze sztuką parmezanem pomieszanym z bułką tartą), mozarelle "buffale", szynki i znakomite kiełbaski smażone na oliwie z czarnymi oliwkami. W zasadzie po solidnej porcji antipasti mieliśmy już dość. Romolo oświadczył jednak, że najwyższy czas na pierwsze danie. Jako, że lokal jest absolutnie dla miejscowych nie ma tam menu - je się akurat to co w danym dniu jest szykowane- my mieliśmy szczęście na pierwsze spróbować fantastycznego makaronu ze świeżymi truflami (olej truflowy, nie zastąpi tego smaku nawet w 10%) oraz przepysznej, choć idealnie ubogiej i prostej lasagni (w porównaniu z jej polską odpowiedniczką bez beszamelu i niezliczonej ilości sera). W sumie powinniśmy zjeść danie główne - niestety skapitulowaliśmy - nasze żołądki nie są przygotowane na prawdziwie włoski sposób jedzenia.






Zapomniałbym jeszcze wspomnieć o cudownym czerwonym winie, które w dość dużych ilościach zostało spożyte w trakcie posiłku.  Jednak w obecności Mirka nie mogło być inaczej. W końcu jak śpiewa poeta w piosence "(...) ksiądz Mirek - ma w sobie mirrę, kadzidło i wino...".

wtorek, 3 września 2013

Habemus Pizza

Po 4 miesiącach ciszy (co nie oznacza, że głodowania) należało zadbać o naszego bloga. Niestety względy urlopowe i finansowe sprawiły, że mogliśmy sobie pozwolić jedynie na krótki acz intensywny gastronomicznie i turystycznie wyjazd. Wszystkie drogi prowadziły do Rzymu!

Kuchnia włoska, na co dzień jest w naszym domu. Kochamy szczególnie jej najprostszą wersję – cucina povera gdzie prawie z niczego można osiągnąć niebiański smak. Cucina povera jak sama nazwa wskazuje nie szuka uzasadnienia swoich walorów w cenie składników a w ich umiarze i umiejętności łączenia. A jej najlepszym przykładem oprócz całej kolekcji makaronów jak arrabiata (ostry sos pomidorowy), cacio e pepe (ser pecorino i pieprz) czy amtriciana (sos pomidorowy i boczek), tutaj muszę się powstrzymać przed dalszym wymienianiem, jest najbardziej egalitarne danie świata – pizza! A dlaczego egalitarne, bo stać na nie każdego, bo już sam kształt nawiązuje do idei równości, bo każdy znajdzie swoją ulubioną wersję. Przez zbieg okoliczności, bo tym razem nie kierowaliśmy się nosem ze względu na odległość, wynajęliśmy mieszkanie na ulicy pełnej pizzeri, poza turystycznym centrum Rzymu, pełnej wspaniałych restauracji, trafiliśmy na Via Alessandria w Salario.

W 4 dni zjedliśmy 9 różnych placków, od zwykłej focacci, pizza rossa (placek z sosem pomidorowym), pizza bianca (czyli bez sosu pomidorowego) w odsłonach z kiełbasą i samymi ziemniakami (wersja śniadaniowa), klasyczną Margheritę oraz hit wyjazdu pizza bianca z bresaolą, rukolą i płatkami parmezanu. Zrobienie każdej z zamawianych przez nas pizz trwało ok. 2-3 minut, placki w większości były idealnie cienkie i chrupiące. A na końcu wspomnianej ulicy, która przez te 4 dni stała nam się bliska był targ spożywczy, w którym nabywaliśmy śniadania, przekąski i małe pizze. I nawet wracając którejś nocy do domu, bez poczucia głodu, zaszliśmy kupić raz jeszcze pizze.
                                    

W 2009 roku przez parę miesięcy mieszkając we Włoszech próbowałam od moich miejscowych współlokatorek wydobyć sekret idealnego ciasta, później męczyłam restauratorów pytając o przepis, męczyłam rodzinę próbując własnych sił i muszę się przyznać do totalnej porażki, bo placek z mąki i wody (nawet drożdże nie są konieczne w niektórych wersjach) smakuje tak tylko we Włoszech. To musi być ta mąka, ta woda, ten piec i to południowe słońce i ciepłe wieczory. W Polsce pizzy mówię nie, za parę miesięcy wrócimy na nią do Rzymu.

Zdjęcia, po kolei:
- pizza bianca z brokułami (ich liśćmi i kiełbasą)
- pizza bianca z bresaolą, rukolą i parmezanem
- pizza rossa














.
Gorgonzola, kiełbasa i Karol



















Purtroppo finito





poniedziałek, 6 maja 2013

Babskie podsumowanie

Stało się - wakacje się skończyły i wróciliśmy do Warszawy. 20 godzinna podróż powrotna po całych dobach spędzanych w boliwijskich autobusach wydała nam się prawie krótką przejażdżką pomimo iż linie Air Europa do najbardziej luksusowych nie należą. Powiedzmy wprost - są nieco dziadowskie szczególnie pod względem poziomu obsługi.

Pierwsza konkluzja - jeszcze lepiej się przygotowywać do wyjazdów i nie wierzyć przewodnikom. Gdybyśmy choć trochę znali region cała trasa wyglądałaby na pewno innaczej. Pewnie ominelibyśmy rozjeżdżoną pustynie solną Uyunii na rzecz dluższego pobytu w selvie. I Pewnie ograniczylibyśmy Boliwię na rzecz północnego Peru.

Druga konkluzja - oba kraje są bardzo turystyczne i w obu podróżuje się z łatwością nie licząc boliwijskich strajków i osunięć dróg, ale i wtedy jest zawsze jakaś inna droga. Peru jest turystyczne w zachodnim stylu, duże atrakcje są bardzo drogie i świetnie zarządzane, turystów traktuje się przyjaźnie i z uśmiechem więdząc, że zostawią w kraju dużo waluty, bardzo dba się też o ich bezpieczeństwo. W Boliwii na turystę patrzy się trochę jak na wypchany portfel, ludzie są nieufni i mniej przyjaźni i szukają często możliwości, aby na gringo zarobić. A co najgorsze wszystkie przewodniki każą ich głaskać po główce i się nie targować, bo niby tacy biedni ci Boliwijczycy. My mówiliśmy basta oszustom! Żaden, nawet najbiedniejszy obywatel nas w konia robić nie będzie!

Konkluzja trzecia będzie kulinarna. Tutaj przewodniki prawdę mówiły i najlepiej jedliśmy w Limie, najsmacznij i najróżnorodniej. Lima kulinarnie wygrała. Oddalając się od peruwiańskiej stolicy kuchnia stawała się coraz mniej doprawiona i cięższa, ale nadal znajdowaliśmy perełki jak pstrąg nad Titicacą czy pierożki na ulicach La Paz - najlepsze na świecie, pełne wrzącego sosu, pyszne. W Boliwii przyprawy prawie całkowicie zaginęły, ale o dziwo nasze żołądki też odzyskały zdrowie (inna flora bakteryjna zawsze wywoła jakieś nieprzyjemne konsekwencje, na szczęście antybiotyki są na sztuki i bez recepty). Jednak sprawdza się zasada, że im biedniejszy kraj tym wszystko świeższe i bardziej domowe. Na najlepsze danie wyjazdu wybieram Tamales (opis w pierwszym wpisie z Limy) i steka u Gastona, o którym nadal marzę.

Must see w Peru:
- Święta Dolina Inków czyli Pisac, Olantayambo i Machu Pichu, warte każdych zakwasów,
- Arequipa za piękno zabudowy i atmosferę

Must see w Boliwii:
- kopalnie w Potosi, jedyna taka okazja i dreszczyk emocji jak pierwszy raz w życiu odpala się dynamit
- selva i Santa Cruz za tropikalny klimat, naszego kierowcę rajdowcę, który na przemian żół kokę w przyjmował jej bardziej skrystalizowaną wersję i domową kuchnię w środku wielkiego lasu

Było intensywnie, różnorodnie i atrakcyjnie a jeśli gdzieś zabrakło czasu to w strefie lasów tropikalnych gdzie ludzie są najbardzij otwarci i otoczenie najbardziej odmienne od tego co możemy znaleźć w Europie. Chyba w jednej kwestii (przynajmniej ten jeden raz) byliśmy zgodni - kolejne wakacje chcemy gdzieś gdzie będzie parno, będą rosły wszelkie możliwe drzewka owocowe a ludzie będą półnadzy i uśmiechnięci, może Brazylia, może Karaiby ...

niedziela, 5 maja 2013

Szczęśliwe zakończenie

I wreszcie po 3 tygodniach jeżdżenia, zwiedzania i smakowania miejscowych specjałów wróciliśmy do Arequipy skąd czekał już nas tylko lot do Limy i poźniej Europy. Zasłużyliśmy na miłe zakończenie w postaci wizyty w jednej z restauracji Gastona Acurio, najbardziej znanego peruwiańskiego kucharza i właściciela światowej klasy lokali nie tylko w Ameryce Łacińskiej, ale i Stanach i Europie.

Było to naprawdę szczęśliwe zakończenie. Już sam zapach ośmiornic z grilla przyprawił nas o lekki zawrót głowy. Każde maleństwo spoczywało na wyśmienitym ziemniaczanym łóżeczku ozdobionym kawałkiem smażonej papryki i kroplą ziołowego sosu, kompozycja idealna, nie śmialiśmy się odezwać aby nie burzyć tej doniosłej chwili.

Acuria znany jest z umiłowania do regionalnej kuchni. Pomimo swojej europejskiej edukacji gastronomicznej w każdej z restauracji używa głównie lokalnych składników i przepisów. Panowie poraz koejny w trakcie wycieczki skusili się na klasykę w postaci rocoto relleno (faszerowana papryka) , Pani odkryła w sobie mordercę i zapragnęła krwistego steka z karmelizowaną cebulką i sosem berneńskim. Oba dania były wyśmienite. Papryka odpowiednio ostra z mięsnym farszem doprawionym orzechami i rodzynkami. Stek, ohhh mój stek, był idealny. Pachnący dymem, wspaniale różowy i mięki w środku i wyśmienicie wypieczony. Tak, moje mięsko pokonało paprykę, pokonało ośmiornicę, było idealnym dopełnieniem dnia, wycieczki i czystą rozkoszą.

Jednak i mistrzowie popełniają błędy i deser w postaci sufletu czekoladowego stanowił rozczarowanie, które gdyby nie perfekcyjna obsługa, położyłoby się cieniem na całości posiłku. Rozczarowanie wynikało z kokosowej posypki i 30 sekund za długo w piecu. Ale mając na uwadzę stek wybaczam i po powrocie skoczę na sufleciątko do Wedla aby wyeliminować te niemiłe deserowe wspomnienia.







piątek, 3 maja 2013

Salar de Uyuni i okolice czyli turystyka masowa

Każdy turysta, który przyjeżdża do Boliwii prędzej czy później trafia w ramiona jednej z chyba ponad 100 agencji turystycznych oferujących wysoce wystandaryzowane wycieczki po pustyni solnej Uyuni i okolicznych lagunach. Trafiliśmy i my.

Alternatywne zwiedzanie jest raczej odradzane. Nawet mając własny motor bądź 4x4 trasa jest po prostu niebezpieczna przez brak wyznaczonych dróg, liczne rozpadliny solne i ogromną bezludną przestrzeń. Zresztą tą samą trasą, którą my jechaliśmy bedą ścigać się w 2014 roku uczestnicy rajdu Dakar, w pewien sposób opisuje to jej stopień trudności.

Sama pustynia solna jest tak rozjeżdżona przez wycieczki (w sezonie dziennie wyjeżdża 50 samochodów) że powoli traci swoją nieskazitelną białość. Z najwięksych rozczarowań: drzewa skalne a raczj jedno drzewo obfotografowane prze milion turystów i cmentarzysko pociągów, które bardziej przypomina śmietnisko, na którym szaleją miejscowi i zagraniczni graficiarze. Poza tym krajobrazy piękne zresztą oceńcie sami.