Przez te wszystkie opowieści, wizyty w gruzińskich knajpach w Warszawie i świecie i przeczytane książki byłam bardzo dobrze przygotowana na miejscowe doznania smakowe. Wszyscy byliśmy, a było nas dużo bo aż jedenaście osób. Przyjemność pisania o kuchni zostawię Karolowi a sama chciałabym kilka słów wspomnieć o gruzińskich trunkach.
Butelkowe gruzińskie wina powszechnie dostępne w PL uwielbiam za ich delikatność, równowagę i intensywność smaku, wina, które piliśmy na miejscu w sumie do picia się nie nadawały, chyba że ktoś lubi napić się duszkiem octu winnego, mała przyjemność. Mimo to piliśmy różne kwaśne wynalazki, piliśmy ich dużo zbytnio się nie skarżąc, może trochę pod koniec wtedy przeszliśmy na butelki, ale ich zawartość też nie zachwycała. To dlaczego aż tyle piliśmy?
Myśl o uzależnieniu z góry odrzucam, po prostu w Gruzji wina jest ciężko odmówić. Jest tanie, dobrze schłodzone i pomimo iż octowe pije je się jak soczek bez konsekwencji dnia następnego. Całkowicie naturalny sposób jego produkcji hamuje skutki uboczne i pomimo iż nie pozwala na delektowanie się trunkiem umożliwia jego masową konsumpcję. Do tego tradycja picia zawsze w grupie, zawsze z licznymi toastami i zawsze duszkiem wprawia w dobry nastrój pomimo octowego smaku. Nasz gospodarz w Kutaisi - Suliko sam pędzi tysiąc litrów wina rocznie w plastikowych beczkach ustawionych w domowej piwnicy. Plastik i wino to profanacja tradycji, nie do końca gdyż wino to jest konsumowane tak szybko, że długo nie ma szans w tym plastiku poleżeć, trochę mu w tym pomogliśmy. Piliśmy z rogów, piliśmy ze słoika, misek, dzwonka, lejka z czego się dało, nawet ze szklanki :) Mieliśmy też szansę spróbować domowej roboty szampana i tu mogę wreszcie stwierdzić, że był naprawdę pyszny, może to dzięki wielkiemu ślimakowi, który pływał po jego powierzchni.
Jeszcze słówko o czaczy. Najlepszą piliśmy w Kazbegi z plastikowego baniaczka, w 100% domowej roboty, zmęczonych stawiała na nogi, chorych leczyła, zdrowym po prostu smakowała, litr kosztował 10 lari czyli ok 15 złotych. Kolejne już tak smaczne nie były, ale nawet wersje komercyjną przekładam nad hurtowe destylaty polskiej produkcji.
W Gruzji da się pić, nie zawsze ze smakiem, ale zawsze w towarzystwie i z przyjemnością, dobrze, że wyjazd trwał tylko parę dni.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz