niedziela, 24 listopada 2013

Gruzińska Gastronomiczna Repulika nieSocjalistyczna


Moja druga połowa rozpisała się w poprzednim wpisie na temat gruzińskich alkoholi. Zgadzam się z nią – smaki świeżego gruzińskiego wina może nie wygrałyby konkursu na najbardziej wysublimowany bukiet czy zapach. Jednak wino w Gruzji pełni zupełnie inną funkcję niż w Europie – pije się go dużo, bo (to udowodnione) socjalizuje ludzi i co naszym zdaniem ważniejsze, pasuje pod garmaż.


I to właśnie gruzińskie jedzenie będzie bohaterem dzisiejszego wpisu.

Myślę, że moja nieskrywana sympatia do tego kraju wywodzi się właśnie z uwielbienia garmażu. Nie można nie lubić narodu, który tak bardzo uważa znakomite jedzenie! Pamiętam mój pierwszy pobyt w Gruzji w 2005 r. Razem z kolegami dojechaliśmy do Tbilisi po męczącej nocnej podróży pociągiem z Baku. Wchodzimy do metra… zjeżdżamy ruchomymi schodami, nagle ktoś nas woła i pyta czy my z Polszy. Facet nazywał się Zwiad i był pierwszym poznanym przeze mnie Gruzinem. Spotkanie było krótkie. Nim zdążyliśmy zjechać schodami na peron, Zwiad zaprosił nas na obiad do pobliskiej knajpy… Wtedy po raz pierwszy zetknąłem się z rozmaitościami kulinarnymi tego kraju. W Polsce nie panowała wówczas jeszcze moda na wszystko co gruzińskie – musiałem czekać aż do 2009 r. na kolejne odwiedziny, w między czasie próbując gruzińskich specjałów w knajpach na Ukrainie i w Rosji.

Ale wróćmy do naszego krótkiego, listopadowego wypadu (w tym miejscu podziękowania dla linii WizzAir za odważny krok i otwarcie trasy Warszawa-Kutisi). Przez 4 dni pobytu zdążyliśmy zaliczyć 7 restauracji i jedną kolację u Gruzinów z Kutaisi. Wynik niezły, choć oczywiście w przyszłości można nad nim popracować J

Kilka uwag generalnych co do gruzińskiej kuchni:
- Generalnie brak jest knajp złych – mogą być rewelacyjne, dobre, średnie, nigdy złe – nie przetrwałyby konkurencji rynkowej. Gruzini uwielbiają jedzenie w knajpach (zresztą ceny same ich do tego zachęcają). ZŁYCH knajp po prostu nie ma.
W knajpach menu z reguły jest bardzo podobne, zawierając przegląd całej kuchni gruzińskiej. Gdybym w Polsce spotkał się z tak ułożoną kartą, omijałbym daną restaurację. W Gruzji istnieje jednak inne podejście do gotowania. Fakt, na posiłki czeka się dość długo – wszystko gotowane jest jednak na świeżo (do tego stopnia, że pewnego razu otrzymaliśmy bakłażany z orzechami, które były dopiero co usmażone i nawet nie wystudzone).
- Dla rozjaśnienia osobom niewtajemniczonym – każda gruzińska restauracja przyrządzać będzie zawsze: chaczapuri (coś a’la gruzińska pizza, tylko lepsza) w różnych odmianach po imeretyńsku (ser tylko w środku), po megrelsku (ser pomieszany z jajkiem w środku i na zewnątrz), po adżarsku (w kształcie łódeczki z serkiem, masełkiem i żółtkiem), bywa też odmiana wysokogórska po abchasku (z mięsem, serem i ostrymi przyprawami w środku); Chinkali, czyli gruzińskie pierożki 2w1 bo poza mięsem w środku mają bulion; szaszłyki i mięsiwa w wersjach przeróżnych – same, z dodatkiem frytek etc; dla miłośników kuchni wegetariańskiej: kurczak w zupach oraz w ziołach (dla Gruzinów kurczak to nie mięso) oraz fantastyczne bakłażany z orzechami, pomidory, ogórcy i szpinak, zapomniałbym o lobio, czyli fasoli.
- W knajpach rządzi idea wspólnego stołu – szczególnie ciekawie wygląda przy 11 osobowej grupie – zamówienie składało się z co najmniej 8-10 dań. Jedzenie i picie przy wspólnym stole zdecydowanie uprzyjemnia długi czas oczekiwania na posiłek.


    - Dementi Drugiej Połowy – wcale długo w knajpach się nie czeka, pomimo że wszystko jest robione na świeżo dania podają szybciej niż znika pierwszy litr wina. Po drugie jest parę elementów kuchni bardzo charakterystycznych dla Gruzji i pojawiających się prawie w każdym daniu a są to: zielenina (zawierająca zawsze świeżą kolendrę), orzechy laskowe (jako dodatek do sałatek, ale i zup jak np. charczo, czyli sycąca zupa mięsna z dodatkiem pomidorów i ryżu z masą orzechową, które zwaliło nas z nóg), czosnek (świeży, wszędzie!) i sól w dużej ilości.

Zgrzeszyłbym, jeśli zapomniałbym napisać o naszych kutaiskich znajomych, czyli Suliko i Mediko, u których mieliśmy przyjemność zanocować po przylocie z Warszawy. W skrócie Suliko bawi towarzystwo domowej roboty winem i szampanem (w tym roku zrobił tylko ponad 1000 litrów wina i 200 l. szamapńskowo), a Mediko, jego małżonka, kontroluje stopień upojenia alkoholowego oraz sporządza strawę. Zdaniem mojej drugiej połowy, kolacja przez nią przygotowana składająca się z kurczaka w ziołowo-pomidorowym sosie, smażonej mamuciej fasolki z przyprawami, ryżu z grzybami i marnowanych warzyw, była najlepszym posiłkiem w czasie naszego pobytu. Wszystko było smaczne, świeże i domowe. Co najważniejsze na koniec Mediko przekazała Idze sekrety gruzińskich przypraw (zdążyliśmy już wytestować – efekt piorunujący)

Wystarczy chyba impresji, resztę udokumentowały zdjęcia.













PS. W kolejnym wpisie napiszemy kilka ciekawych  i sprawdzonych przez nas gruzińskich przepisów.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz