Moja
druga połowa rozpisała się w poprzednim wpisie na temat gruzińskich alkoholi.
Zgadzam się z nią – smaki świeżego gruzińskiego wina może nie wygrałyby
konkursu na najbardziej wysublimowany bukiet czy zapach. Jednak wino w Gruzji
pełni zupełnie inną funkcję niż w Europie – pije się go dużo, bo (to
udowodnione) socjalizuje ludzi i co naszym zdaniem ważniejsze, pasuje pod
garmaż.
I
to właśnie gruzińskie jedzenie będzie bohaterem dzisiejszego wpisu.
Myślę,
że moja nieskrywana sympatia do tego kraju wywodzi się właśnie z uwielbienia
garmażu. Nie można nie lubić narodu, który tak bardzo uważa znakomite jedzenie!
Pamiętam mój pierwszy pobyt w Gruzji w 2005 r. Razem z kolegami dojechaliśmy do
Tbilisi po męczącej nocnej podróży pociągiem z Baku. Wchodzimy do metra… zjeżdżamy
ruchomymi schodami, nagle ktoś nas woła i pyta czy my z Polszy. Facet nazywał
się Zwiad i był pierwszym poznanym przeze mnie Gruzinem. Spotkanie było
krótkie. Nim zdążyliśmy zjechać schodami na peron, Zwiad zaprosił nas na obiad
do pobliskiej knajpy… Wtedy po raz pierwszy zetknąłem się z rozmaitościami
kulinarnymi tego kraju. W Polsce nie panowała wówczas jeszcze moda na wszystko
co gruzińskie – musiałem czekać aż do 2009 r. na kolejne odwiedziny, w między
czasie próbując gruzińskich specjałów w knajpach na Ukrainie i w Rosji.
Ale
wróćmy do naszego krótkiego, listopadowego wypadu (w tym miejscu podziękowania
dla linii WizzAir za odważny krok i otwarcie trasy Warszawa-Kutisi). Przez 4
dni pobytu zdążyliśmy zaliczyć 7 restauracji i jedną kolację u Gruzinów z
Kutaisi. Wynik niezły, choć oczywiście w przyszłości można nad nim popracować J
Kilka
uwag generalnych co do gruzińskiej kuchni:
- Generalnie brak jest knajp złych –
mogą być rewelacyjne, dobre, średnie, nigdy złe – nie przetrwałyby konkurencji
rynkowej. Gruzini uwielbiają jedzenie w knajpach (zresztą ceny same ich do tego
zachęcają). ZŁYCH knajp po prostu nie ma.
- W knajpach menu z reguły jest bardzo
podobne, zawierając przegląd całej kuchni gruzińskiej. Gdybym w Polsce spotkał
się z tak ułożoną kartą, omijałbym daną restaurację. W Gruzji istnieje jednak
inne podejście do gotowania. Fakt, na posiłki czeka się dość długo – wszystko gotowane
jest jednak na świeżo (do tego stopnia, że pewnego razu otrzymaliśmy bakłażany
z orzechami, które były dopiero co usmażone i nawet nie wystudzone).
- Dla rozjaśnienia osobom
niewtajemniczonym – każda gruzińska restauracja przyrządzać będzie zawsze:
chaczapuri (coś a’la gruzińska pizza, tylko lepsza) w różnych odmianach po
imeretyńsku (ser tylko w środku), po megrelsku (ser pomieszany z jajkiem w
środku i na zewnątrz), po adżarsku (w kształcie łódeczki z serkiem, masełkiem i
żółtkiem), bywa też odmiana wysokogórska po abchasku (z mięsem, serem i ostrymi
przyprawami w środku); Chinkali, czyli gruzińskie pierożki 2w1 bo poza mięsem w
środku mają bulion; szaszłyki i mięsiwa w wersjach przeróżnych – same, z
dodatkiem frytek etc; dla miłośników kuchni wegetariańskiej: kurczak w zupach
oraz w ziołach (dla Gruzinów kurczak to nie mięso) oraz fantastyczne bakłażany
z orzechami, pomidory, ogórcy i szpinak, zapomniałbym o lobio, czyli fasoli.
- W knajpach rządzi idea wspólnego stołu
– szczególnie ciekawie wygląda przy 11 osobowej grupie – zamówienie składało
się z co najmniej 8-10 dań. Jedzenie i picie przy wspólnym stole zdecydowanie
uprzyjemnia długi czas oczekiwania na posiłek.
- Dementi Drugiej Połowy – wcale długo w
knajpach się nie czeka, pomimo że wszystko jest robione na świeżo dania podają
szybciej niż znika pierwszy litr wina. Po drugie jest parę elementów kuchni
bardzo charakterystycznych dla Gruzji i pojawiających się prawie w każdym daniu
a są to: zielenina (zawierająca zawsze świeżą kolendrę), orzechy laskowe (jako
dodatek do sałatek, ale i zup jak np. charczo, czyli sycąca zupa mięsna z
dodatkiem pomidorów i ryżu z masą orzechową, które zwaliło nas z nóg), czosnek
(świeży, wszędzie!) i sól w dużej ilości.
Zgrzeszyłbym,
jeśli zapomniałbym napisać o naszych kutaiskich znajomych, czyli Suliko i
Mediko, u których mieliśmy przyjemność zanocować po przylocie z Warszawy. W
skrócie Suliko bawi towarzystwo domowej roboty winem i szampanem (w tym roku
zrobił tylko ponad 1000 litrów wina i 200 l. szamapńskowo), a Mediko, jego
małżonka, kontroluje stopień upojenia alkoholowego oraz sporządza strawę.
Zdaniem mojej drugiej połowy, kolacja przez nią przygotowana składająca się z
kurczaka w ziołowo-pomidorowym sosie, smażonej mamuciej fasolki z przyprawami,
ryżu z grzybami i marnowanych warzyw, była najlepszym posiłkiem w czasie
naszego pobytu. Wszystko było smaczne, świeże i domowe. Co najważniejsze na
koniec Mediko przekazała Idze sekrety gruzińskich przypraw (zdążyliśmy już
wytestować – efekt piorunujący)
Wystarczy
chyba impresji, resztę udokumentowały zdjęcia.
PS.
W kolejnym wpisie napiszemy kilka ciekawych
i sprawdzonych przez nas gruzińskich przepisów.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz