sobota, 14 września 2013

Stimigliano


Po wielu miesiącach domysłów i wyobrażeń wreszcie dotarliśmy do głównego celu naszej krótkiej, aczkolwiek intensywnej włoskiej podróży - do Stimigliano. Na dworcu kolejowym, u podnóży wioski już wyczekiwał nas nasz gospodarz - Mirek, który jest pasterzem zabłąkanych mieszkańców tej uroczej wioski.

Stimigliano ma szansę stać się miejscem dla nas wyjątkowym, nie będę jednak o tym pisał, bo to melodia przyszłości. Skupię się na teraźniejszości, a w zasadzie jako, że już wróciliśmy do jesiennej polskiej rzeczywistości to na przeszłości.

Stimigliano jest miejscem bajkowym - to malownicza wioska położona na szczycie góry, skąd rozpościera się piękny widok na podrzymską okolicę. U podnóża spokojnie płynie Tyber - do Rzymu płynąc rzeką będzie jakieś 30 km. Ziemia tu hojna, więc, choć to zabrzmi nieco ludowo, kuchnia bogata.



Już na początek zostaliśmy podjęci rewelacyjnym białym winem. Miejscowi nie kupują wina w sklepie. Przecież to bezsens jak pod nosem ma się do dyspozycji cudowne trunki przygotowywane bądź to samodzielnie, bądź przez sąsiadów. 










Nowością dla mnie był ciekawy drink przygotowany przez Mirka a noszący piękną nazwę "corano"(w zależności od wyobraźni pijącego można pisać razem lub oddzielnie). Corano należy pić "co rano" bowiem orzeźwia on umysł i wprawia w dobre samopoczucie. Skład jest uinkatowy - pierwszy składnik jest typowy - to dostępne powszechnie w Polsce Campari. Należy je jednak zmieszać z białym winem ze Stimigliano, tylko ono nadaje poprawny smak temu zacnemu napitkowi.


Uroczeni lokalnymi trunkami wybraliśmy się na zwiedzanie cudnej okolicy. Zostało ono zwieńczone przejazdem do Romolo - lokalnego karczmarza znanego z najlepszego garmażu w okolicy. I był to chyba największy gwóźdź programu - Romolo bowiem sam wytwarza większość spożywanych później składników dodań. I tak wszystkie szynki, sery, warzywa są absolutnie świeże i lokalne. Do tego samodzielnie wytwarzane wino, grappa i inne trunki czynią pobyt niezapominanym  Już samo antipasti oznaczało istną orgię smaków. Na stół wjechały różnorakie grillowane warzywa (posypane zgodnie ze sztuką parmezanem pomieszanym z bułką tartą), mozarelle "buffale", szynki i znakomite kiełbaski smażone na oliwie z czarnymi oliwkami. W zasadzie po solidnej porcji antipasti mieliśmy już dość. Romolo oświadczył jednak, że najwyższy czas na pierwsze danie. Jako, że lokal jest absolutnie dla miejscowych nie ma tam menu - je się akurat to co w danym dniu jest szykowane- my mieliśmy szczęście na pierwsze spróbować fantastycznego makaronu ze świeżymi truflami (olej truflowy, nie zastąpi tego smaku nawet w 10%) oraz przepysznej, choć idealnie ubogiej i prostej lasagni (w porównaniu z jej polską odpowiedniczką bez beszamelu i niezliczonej ilości sera). W sumie powinniśmy zjeść danie główne - niestety skapitulowaliśmy - nasze żołądki nie są przygotowane na prawdziwie włoski sposób jedzenia.






Zapomniałbym jeszcze wspomnieć o cudownym czerwonym winie, które w dość dużych ilościach zostało spożyte w trakcie posiłku.  Jednak w obecności Mirka nie mogło być inaczej. W końcu jak śpiewa poeta w piosence "(...) ksiądz Mirek - ma w sobie mirrę, kadzidło i wino...".

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz