sobota, 3 stycznia 2015

San Cristoba de los Turistos

Na początku mały lament (ponowny) - Lonely Planet schodzi na psy, nie tylko miejsca są źle pooznacza na mapach, ale i brak jest praktycznych informacji dotyczących noclegów i dojazdów, które pozwoliłyby nam zaoszczędzić sporo czasu, ale cóż alternatyw nie jest zbyt wiele. Po 4 dniach jeżdżenia przestaliśmy martwić się znalezieniem noclegu w miastach, bo rynek usług turystycznych jest znakomicie rozwinięty i turystów wszędzie też masa. 95% stanowią turyści miejscowi podobnie jak my wykorzystujący na wakacje przerwę świąteczną. Meksyk do tanich miejsc nie należy, tak naprawdę za grosze można jedynie zjeść na bazarach i ulicy reszta kosztuje i to sporo. 

San Cristobal de las Casas jest może i ładnym, kolorowym miastem, jak wiele w Meksyku, ale jest też opanowany prze turystów a co za tym idzie uszedł już z niego naturalny i lokalny duch. Miasto przypomina jeden wielki bazar z pamiątkami i turystycznymi knajpami. Bardzo uroczy bazar, ale próbowaliśmy na chwilę od niego uciec do miasteczka San Juan Chamula położonego 10km dalej i opisanego w przewodniku jako uwaga - niebezpieczne. I trafiliśmy w środek kolejnego bazaru, tym razem nieco bardziej oryginalnego, bo miejscowi noszą się dość specyficznie w czarnych futrzanych spódnicach i tunikach (bez względu na płeć i 30 stopniowy upał) ale nadal pełnego turystów i średnio groźnie wyglądającego. Większość mieszkańców albo zajmowała się handlem na głównej ulicy albo spaniem na placu pod kościołem, w futrzanym wdzianku i pełnym słońcu. Po wizycie w domu tutejszego Boga zrozumieliśmy zamiłowanie do drzemek, które powodowało nadużywanie substancji je wywołującej, dla niektórych świętej- alkoholu. 

Dom lokalnego Boga i Świętych, bo kościołem się tego nazwać, nie da, był bardzo świątecznie udekorowany z podłoga całkowicie wysypaną sianem, na której o zgrozo paliło się morze świeczek (przyklejonych woskiem do podłogi), przed którymi modlili się bądź pili wódkę miejscowi. Zamiast ołtarza były 3 kolorowo ubrane postaci w tym Jezus w mundurze, obie ściany również zdobiły rzędy kolorowych i dość osobliwie wyglądających świętych, ławek i wody święconej nie znaleźliśmy. Dym świec i opary alkoholu, ludzie na ziemi w prawie transie, Chrystus w mundurze na ołtarzu, jedynym sukcesem tutejszej chrystianizacji było chyba wybudowanie miejscowego kościoła. Księdza też nie było. Może chodził w mundurze po pobliskiej selvie ...



San Cristobal jest naprawdę ładny


J.w.




Huevos rancheros czyli sadzone z salsą


Wjechaliśmy w strefę miłości do pieczonej kury, zawiniętej w tortille a jakże


I miłości do fast foodów


San Juan, miasto niebezpieczne


Futro


San Juan bazar

1 komentarz:

  1. Tylko pozazdroscic!!!!
    Milych wakacji zycze!!!
    Pieknie opisujecie to wszystko,czuje sie te atmosfere i smak.

    OdpowiedzUsuń