Niepewnie udaliśmy się na bazar, który wyglądał z zewnątrz bardzo nowocześnie i sterylnie. Przy wejściu mało osób, włączyły się wątpliwości. Zniknęły jak weszliśmy między stoiska, nagle zrobiło się dość ciasno a gliniane misy z sosami same krzyczały zjedz mnie. Jednak na pierwszą randkę z kuchnią meksykańską wybraliśmy quesadillas z czarnej kukurydzy z polędwicą, serem i piekielnie ostrą papryką, i zielony soczek a raczej litr soku. Powoli uczyliśmy się, że meksykańskie poczucie sytego posiłku ma niewiele wspólnego z europejskim, wszystko było dwa razy większe. Wielkość porcji i ilość fast foodów trochę kazała nam myśleć o wielkim bracie na północy. Głodni na pewno chodzić nie będziemy. A śniadanie było wyborne.
Sama Puebla jest miastem przyjemnym, wartym wizyty dla kaplicy Rosario w kościele Santo Domingo zrobionej z 24 karatowego złota i łączącej motywy chrześcijańskie z miejscowymi. Specjalnością miasta jest podobno taco arabe czyli mięso jak na kebab w picie albo tortilli, ale doprawione już po tutejszemu, spróbowaliśmy w barze instytucji - Las Ranas. Było pycha. Pół dnia jednak wystarczy, byliśmy już ciekawi Oaxaki.
Śniadanie
Niektórzy uciekają od zimy, inni jej pragną
Pasita czyli likier z kawałkiem sera w środku i ...
Koniki polne, zupełnie bez smaku
Taco arabe- produkcja
Taco arabe - konsumpcja









Brak komentarzy:
Prześlij komentarz