poniedziałek, 8 grudnia 2014

Madryt reaktywacja



Stolica Hiszpanii, ale powiedzieć o Madrycie stolica kuchni hiszpańskiej to chyba nieco za wiele. Owszem słynie z dobrych knajp i paru tradycyjnych dań, ale zachwytami kulinarnymi dużo bardziej wolę obdarzać inne, mnie turystyczne regiony Hiszpanii jak choćby kraj Basków, do którego byliśmy w drodze.

Karol studiował i mieszkał w Madrycie rok, ja byłam turystycznie drugi raz, nasze Mamy pierwszy więc trzeba było zrobić zwiedzanie. Początkowo myśleliśmy o wersji autobusowej, ale po krótkiej refleksji doszliśmy do wniosku, że nie warto bo Madryt najlepiej zwiedza się pieszo i do tego główne atrakcjee nie są aż tak od siebie oddalone, aby Mamy nie dały rady. Zaczęliśmy od Pałacu Królewskiego, Mercado San Miguel (a jakże) i Plaza Real.

A jak już się dojdzie w okolice Plaza Real nie można pozostać obojętnym wobec małych uliczek wokół znanych z kanapek z kalmarami. Jeden bar jest szczególnie lubiany i przez turystów i przez miejscowych - jest głośno, brudno, bardzo krótkie menu i zawsze tłoczno. Podobno najlepsze knajpy w Hiszpanii kiedyś poznawało się po ilości rzuconych na podłogę serwetek, ten byłby w czołówce. Sam przysmak – buła wypchana smażonymi krążkami kalmarów, może nie jest zbyt wykwintny pod względem kompozycji, ale cały jego sekret to nie dobór składników a idealny sposób wysmażenia kalmarów w cienkiej panierce, która ich nie dominuje. Przysiedliśmy na 10 min, zjedliśmy po kanapce, wypiliśmy po tinto de verano (ahhh ta hiszpańska abstynencja), wychodząc uniknęliśmy stosu serwetek przyklejających się do butów i udaliśmy się dalej w stronę Plaza del Sol i Gran Via.


                                                         
Tak sobie szliśmy w słonecznym Madrycie, zachwycając się architekturą i … wiszącymi w barach szynkami i nie wiadomo jak na chwilę zabłądziliśmy. Jak wiadomo nic jednak nie dzieje się przez przypadek i okazało się, że w zaułku do którego trafiliśmy znajduje się peruwiańska knajpa a Peruwiańczycy jak wiadomo z poprzednich relacji na blogu wymyślili naszego ulubionego drinka – pisco sour, Karol nie dał się przekonać, że 12 w południe nie jest najlepszą porą na 40% alkohol, po chwili siedzieliśmy pod telewizorem, z którego leciały peruwiańskie hity i sączyliśmy pisco. Zapragnęliśmy również nabyć pisco na długie brukselskie wieczory i zgodnie z radą kelnerki Karol udał się do sklepu  – pocztowo, przelewowo, turystyczno, warzywno, alkoholowego w okolicach Gran Via. Sklep sam w sobie był niezłą atrakcją. 
 

W trakcie dnia w Madrycie był również czas na sztukę – Mamy poszły do Prado a my na Plaza Santa Catalina pozachwycać się artyzmem kulinarnym w tapas barach i znaleźliśmy danie, które towarzyszyło nam już do końca wyjazdu – smażone małe zielone papryczki z grubą solą. Banalne a jakie pyszne, dopóki nie trafi się na jedną z czterdziestu, która jest przerażająco ostra, ale warto ryzykować ...



                                 

                                                               Mercado San Miguel




                                     
                                                                          Gran Via




           na górze papryka faszerowana ogonami bawolimi, poniżej smażone dorszyki i patatas bravas
                                                             Koniec Madrytu - jedziemy dalej

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz