A jak już się dojdzie w okolice Plaza Real nie można
pozostać obojętnym wobec małych uliczek wokół znanych z kanapek z kalmarami.
Jeden bar jest szczególnie lubiany i przez turystów i przez miejscowych -
jest głośno, brudno, bardzo krótkie menu i zawsze tłoczno. Podobno najlepsze
knajpy w Hiszpanii kiedyś poznawało się po ilości rzuconych na podłogę
serwetek, ten byłby w czołówce. Sam przysmak – buła wypchana smażonymi krążkami
kalmarów, może nie jest zbyt wykwintny pod względem kompozycji, ale cały jego
sekret to nie dobór składników a idealny sposób wysmażenia kalmarów w cienkiej
panierce, która ich nie dominuje. Przysiedliśmy na 10 min, zjedliśmy po
kanapce, wypiliśmy po tinto de verano (ahhh ta hiszpańska abstynencja),
wychodząc uniknęliśmy stosu serwetek przyklejających się do butów i udaliśmy
się dalej w stronę Plaza del Sol i Gran Via.
Tak sobie szliśmy w słonecznym
Madrycie, zachwycając się architekturą i … wiszącymi w barach szynkami i nie
wiadomo jak na chwilę zabłądziliśmy. Jak wiadomo nic jednak nie dzieje się
przez przypadek i okazało się, że w zaułku do którego trafiliśmy znajduje się
peruwiańska knajpa a Peruwiańczycy jak wiadomo z poprzednich relacji na blogu wymyślili
naszego ulubionego drinka – pisco sour, Karol nie dał się przekonać, że 12 w
południe nie jest najlepszą porą na 40% alkohol, po chwili siedzieliśmy pod
telewizorem, z którego leciały peruwiańskie hity i sączyliśmy pisco.
Zapragnęliśmy również nabyć pisco na długie brukselskie wieczory i zgodnie z
radą kelnerki Karol udał się do sklepu –
pocztowo, przelewowo, turystyczno, warzywno, alkoholowego w okolicach Gran Via.
Sklep sam w sobie był niezłą atrakcją.
Mercado San Miguel
Gran Via
na górze papryka faszerowana ogonami bawolimi, poniżej smażone dorszyki i patatas bravas
Koniec Madrytu - jedziemy dalej
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz