poniedziałek, 29 grudnia 2014

Kokocz(k)a

8 stolików, minimalistyczny wystrój, krótkie menu i rezerwacja zrobiona z miesięcznym wyprzedzeniem. Wreszcie (czyli w sierpniu i teraz miło wspominamy) zdecydowaliśmy się odwiedzić gwiazdkową restaurację, a że w San Sebastian jest ich ponad 10 w tym 8 restauracja świata - Arzac doszliśmy do wniosku, że to jest ten moment. Trzygwiazdgowy Arzac zostawiliśmy na badziej chuczne okazję i padło na Kokotxe, co po baskijsku oznacza delikates miejscowej kuchni - policzki z dorsza. Policzków co prawda w naszym menu degustacyjnym nie było, ale innych pyszności aż nadto. 

Zaczęło się skromnie od domowej roboty majonezu z paluszkami grissini, raczj kiepski start więc byliśmy trochę zaniepokojeni. Na szczęście po chwili na stole pojawiła się pierwsza przystawka czyli w małym słoiczku salmorejo (gazpacho z dodatkiem awokado) posypane kawiorem z chipsem z wędzonym łososiem, zrobiło się milej. Do tego okazało się, że polecone przez sommelierkę wino z Galicji było wyborne o lekko dymnym posmaku, my też je polecamy - Lopolo z Ribeira Santa dostępne w internecie, już sprawdziliśmy. 

Wracając do kuchni kelner zaanonsował kolejną przystawkę - tatar z tuńczyka z lodami z pikli i kremem z czarnego czosnku. Powaliły nas lody z pikli i to jak świetnie komponowały się z tatarem. Jak się okazało były zrobione z kandyzowanej cebuli, marchewki i pora, ambrozja i świetny dodatek do mięs i ryb. Potem był moment, o którym rozmawialiśmy idąc na kolacje - salwa śmiechu na widok absolutnego przerostu formy nad treścią. Otrzymaliśmy miskę pełną piany z wody morskiej , w której niczym w kąpieli spoczywały gotowane owoce morza. Piana wywołała naszą głośną radość i zero wrażeń smakowych. Lubimy nowości, ale jednak najważniejszy powinien być smak nie efekt.

Potem było rafallo z kraba, skondensowana zupa czosnkowa w kostce zalane zupą z krabich jajeczek a na dania główne ryba z mini gnochami z buraczków i żelkami z soi z czipsem z bardzo doprawionej skórki i smakujący bardzo wątróbkowo gołąb na czarnym piasku z balsamico z buraka i sałatką z serc szczypiorku. Gołebi żywych bardzo nie lubię, dosłownie lepiej je trawię po przyrządzeniu, potraktowaliśmy to jako zemstę na tym uciążliwym gatunku. Dalej mini desery: bardzo poprawne ciasteczko cytrynowe, migdałowa mgiełka z karmelem z Indii co kelner podkreślił prawie krzykiem ku naszej radości. I na sam koniec kostka będąca skondensowaną maliną i panacotta z czekoladową kruszonką.

Wszystkie porcje były dość małe natomiast ilość dań i czas serwowania sprawiły, że wyszliśmy naprawdę objedzeni. Zdjęć nie robiliśmy, bo postanowiliśmy egoistycznie skupić się na swoich wrażeniach smakowych i wizualnych. A ogólna konkluzja jest taka, że warto na pewno takiej degustacji spróbować, ale nie planujemy zbyt szybko tego doświadczenia powtarzać. Każdego kto lubi dobrze zjeść może nieco zdenerwować jak pyszne gnochii z buraczków są wielkości ziarnka grochu i zbyt szybko znikają z talerza. Takie wyjście zdecydowanie należy traktować jako przeżycie artystyczno-kulinarne z naciskiem na to pierwsze, trochę jak wizytę w bardzo cenionej galerii, gdzie miło jest obcować ze sztuką, ale w której nie bywa się na co dzień. Na szczęście w San Sebastian szybko odzyskaliśmy równowagę już następnego dnia w pierwszym barze z pinxosami.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz