poniedziałek, 8 grudnia 2014

Prosiaczek niemowlaczek



Mieliśmy pisać o prosiaczku z Segovii przy czym ważna jest forma mnoga czasownika– mieliśmy, ponieważ zdecydowanie nie jest to mój faworyt kulinarny wyjazdu i wolałam pozostawić ocenę bardziej obiektywnej części rodziny. Niestety jak w wielu małżeńskich wypadkach formy mnogiej nie udało się wyegzekwować i piszę sama. Może być krytycznie z ww. względów.

A więc cochinillo segoviano w skrócie lechon, przysmak północnych okolic Madrytu. Atrakcja turystyczna segowiańskich restauracji i wcale nie aż tak łatwo dostępne danie w innych miastach i miasteczkach – obdzwoniliśmy chyba z 10 knajp w okolicach Segovii i tylko w jednej mieli. W opowieściach jedni się zachwycali drudzy stanowczo mówili nie więc trzeba było się samemu przekonać. Mnie od początku turlające się po witrynach tawern małe roześmiane prosiaczki jakoś nie przekonywały szczególnie biorąc pod uwagę, że los tych niemowlaków wcale nie wydawał się zbyt wesoły.
Danie wizualnie nieco lepsze niż peruwiańska świnka morska (bez wystających zębów i sierści) natomiast stopniem niedoprawienia podobne. Do tego konsystencja mięsa absolutnie (dla mnie, bo reszta rodziny była zachwycona) nieakceptowalna – między galaretą i normalnym mięskiem. Niby rarytas - można sobie schrupać uszka, oblizać kosteczki i … nabawić się nagłego skoku cholesterolu. Ogólnie nie przepadam za wieprzowiną więc ta makabryczna jej wersja zupełnie mnie nie przekonała i z pierwszych dni, które spędziliśmy na wsi pod Madrytem zapamiętam bardziej zupę z dorsza (dorsz, cieciorka, szpinak, czosnek, chilli i zioła wedle uznania) autorstwa cioci Karola, u której się zatrzymaliśmy i kanapkę z kalmarami w samej stolicy. Zupę z dorsza robimy dość często w Brukseli, bo jest błyskawiczna i pyszna (chociaż mina poniżej niewyraźna :)). 
   
     

Same okolice Madrytu są pod względem krajobrazowym dość wysuszone i monotonne, ale wokół Escorialu i Valle de los Caidos robi się nieco ciekawiej widokowo. Z dwóch atrakcji wybieram Valle za Frankistowską ekstrawagancję i rozmach no i atmosferę z Władcy Pierścieni. Samo uczucie, że wchodzi się do świątyni wykutej w zimnej i potężnej skale robi ogromne wrażenie, do tego wejścia strzegą monumentalne i wcale nie wyglądające życzliwie anioły. Jak do tego doda się historię miejsca i ilość ofiar, które pochłonęła jego budowa staje się to najbardziej wymowny obrazem ludzkiej bezsilności i cierpienia. Może zabrzmi to makabrycznie, ale jak dla mnie wartym odwiedzenia. Poniżej Valle i Escorial.
                                 

I oczywiście sama Segovia z antycznym akweduktem i zamkiem jak z bajek Disneya jest warta wizyty, pół dniowa wycieczka zdecydowanie wystarczy. Pora na madryckie kalmary …

                                                                           Segovia











Brak komentarzy:

Prześlij komentarz