środa, 31 grudnia 2014

Oaxaca - Łahaka - Łakałaka - raj na ziemi - kulinarny i nie tylko

Po Puebli przyszedł czas na odwiedziny w Ciudad de Oaxaca, stolicy stanu o tej samej nazwie. Miasto reklamuje się jako kulturalna i kulinarna stolica Meksyku. Po dwóch dniach w nim spędzonych tą opinię możemy jedynie potwierdzić. 

Do miasta dotarliśmy porannym autobusem ADO w podwyższonej klasie GL. Choć do peruwiańskiej buscamy mu daleko możemy polecić - podróżuje się naprawdę komfortowo, choć niestety nie najtaniej (Po kilku dniach doszliśmy do wniosku, że Meksyk ogólnie nie należy do najtańszych krajów).

Po czterogodzinnej podróży (można uczyć punktualności naszą kolej) i krótkich poszukiwaniach hotelu ruszyliśmy na miejski rekonesans. W Ciudad de Oaxaca każdy znajdzie coś dla siebie. Miłośnicy kolonialnej architektury mogą godzinami zwiedzać perełki hiszpańskiego budownictwa - w tym powalając kościół St. Domingo - barokowe wnętrze to swobodna interpretacja stylu w wykonaniu lokalnych zapoteckich, nowo-nawróconych wiernych. Zakupoholicy nie będą w stanie wyjść z bazarów (generalnie pół miasta to jeden wielki bazar). Wreszcie Oaxaca to raj dla podniebienia - lokalna kuchnia uznawana jest za najlepszą w całym Meksyku. Choć nie mamy póki co większego porównania, możemy potwierdzić - jedzenie jest REWELACYJNE. Po prostu brak słów, aby opisać różnorodność i złożoność lokalnych potraw. Jedzenie sprzedaje się wszędzie. Naturalnie rządzi street-food z nieśmiertelnymi tacos z flakami (małe tortille, smazone kawałki flaczków, cebula, sok z limonki, chilli) - pycha. To co wyróżnia Oaxacę to tzw. mole czyli sosy, których przygotowuje się kilkanaście rodzajów, z czego najbardziej słynne są mole: czarne i kolorowe w tym z czekoladą. Podstawą każdego mole są suszone, wędzone lub świeże papryki o różnej ostrości i intensywności smaku. Są to dania dość trudne do powtórzenia w domu, przede wszystkim ze względu na brak możliwości zastosowania zamienników. Suszonej papryki typu ancho nie kupi się chyba nigdzie w Europie...

Najlepsze jedzenie serwuje się na bazarach. W zasadzie zastanawialiśmy się jaką rację bytu mają w tym mieście restauracje, skoro jedzenie bazarowe jest dostępne do wieczora, świeże i zawsze wyborne... Tak nam posmakowało, że zdecydowaliśmy się zapisać na kurs gotowania kuchni oaxakańskiej. Był to fantastyczny pomysł, o czym niebawem.

Pierwsze mole - mercado Sanchez Pasquas

Entomatada i chili relleño

Monte Alban


Lek na całe zło

Oaxaca to stolica mezcalu, kolejne lekarstwo na smutki


Flaczki

Kiełbaski

Zabawy świąteczne

Santo Domingo


Santo Domingo


Rynek

poniedziałek, 29 grudnia 2014

Sabores Poblanos

Zwiedzanie zaczęliśmy od Puebli. Chcieliśmy czegoś więcej niż szmaragdowe wody Morza Karaibskiego i palm. Bez żalu zostawialiśmy Cancun, które oprócz wybrzeża pełnego gigantycznych hoteli nie miało, przynajmniej dla nas, wiele do zaoferowania. Początkiem niech zatem będzie śniadanie w Puebli. I tu ponownie muszę napisać małe dementi. Lonely Planet dość sceptycznie pisze o lotnisku w tym mieście co budzi moje podejrzenia, że nikt z redaktorów przewodnika na nim nie był. Lotnisko jest malutkie, ale zupełnie nowe i z absolutnie bezproblemowym transportem do centrum (linia lotnicza Volaris ma własne autobusy, jak nie leci się Volarisem czekają oficjalne taksówki). Dużo gorsze wrażenie zrobiło na nas lotnisko w Cancun gdzie bardzo długo czekaliśmy na bagaż a kolejka do kontroli celnej przypominała tą na przejściu w Medyce. Ale wróćmy do Puebli i sabores poblanos.

Niepewnie udaliśmy się na bazar, który wyglądał z zewnątrz bardzo nowocześnie i sterylnie. Przy wejściu mało osób, włączyły się wątpliwości. Zniknęły jak weszliśmy między stoiska, nagle zrobiło się dość ciasno a gliniane misy z sosami same krzyczały zjedz mnie. Jednak na pierwszą randkę z kuchnią meksykańską wybraliśmy quesadillas z czarnej kukurydzy z polędwicą, serem i piekielnie ostrą papryką, i zielony soczek a raczej litr soku. Powoli uczyliśmy się, że meksykańskie poczucie sytego posiłku ma niewiele wspólnego z europejskim, wszystko było dwa razy większe. Wielkość porcji i ilość fast foodów trochę kazała nam myśleć o wielkim bracie na północy. Głodni na pewno chodzić nie będziemy. A śniadanie było wyborne.

Sama Puebla jest miastem przyjemnym, wartym wizyty dla kaplicy Rosario w kościele Santo Domingo zrobionej z 24 karatowego złota i łączącej motywy chrześcijańskie z miejscowymi. Specjalnością miasta jest podobno taco arabe czyli mięso jak na kebab w picie albo tortilli, ale doprawione już po tutejszemu, spróbowaliśmy w barze instytucji - Las Ranas. Było pycha. Pół dnia jednak wystarczy, byliśmy już ciekawi Oaxaki.


Śniadanie

Kaplica Rosario
Niektórzy uciekają od zimy, inni jej pragną
Pasita czyli likier z kawałkiem sera w środku i ...
Koniki polne, zupełnie bez smaku



Taco arabe- produkcja

Taco arabe - konsumpcja

Santos Pintxos i w stronę kulinarnego raju

Na zakończenie hiszpańskich opowieści nie możemy nie wspomnieć o głównym powodzie wyboru stolicy kraju Basków na odpoczynek - pintxosach. Pierwszy raz w Donostii byliśmy w 2011 r. i obiecaliśmy sobie, że wrócimy, aby zjeść więcej. Takiego wyboru tapasów jak w San Sebastian nie ma nigdzie indziej. Bary zaczynają zapełniać lady z samego rana by w godzinach popołudniowych nie było na nich ani jednego wolnego od jedzenia miejsca. Dostajemy talerzyk i sami sobie wybieramy, do tego lampka wina, gwarno i tłoczno i pora na kolejny bar. Można tak spędzić całe popołudnie i noc a nawet zacząć rano. W sąsiednim francuskim Biarritz nie ma już takiej różnorodności i atmosfery. Strona hiszpańska kraju Basków zdecydowanie wygrywa. Niestety zdjęcia zostały na komputerze w domu, który w tej chwili jest od nas oddalony o ok 8 tys km gdyż właśnie zaczynamy podróż po kulinarnym raju a może i raju w ogóle.

Przez chwilę było ryzyko, że tu nie dojedziemy, bo akurat w dniu naszego wylotu spadł śnieg i sparaliżował okolice Brukseli i Antwerpii, pod Bredą przebijaliśmy się już prawie przez zaspy a do lotniska w Amsterdamie nadal był kawał drogi, ale udało się i po 12 godzinnym locie wylądowaliśmy w ... Wpierw muszę jednak dodać krótki komentarz o liniach lotniczych, którymi podróżowaliśmy - ArkeFly (czyli Jetair, czyli Tui). Naczytaliśmy się tysiąca negatywnych opinii, że ciasno, że niemiła obsługa, że dziadostwo i nic z tego się nie potwierdziło. Linie są zupełnie normalnym charterem z przemiłą obsługą. Fakt za wszystko trzeba dopłacać (oprócz wody i jednego ciepłego posiłku), ale byliśmy na to przecież przygotowani i nie spodziewaliśmy się lotu business klasą. Wniosek jest taki, że negatywne opinie widocznie piszą negatywni pasażerowie, którzy sami są niesympatyczni a nie obsługa.

Spotkany w busiku z lotniska lokalny pasażer przytoczył nam następujące powiedzenie: Kanada jest ogrodem USA, USA są podstawą domu a Meksyk jego patio. Witamy na patio - jesteśmy w Meksyku.



Kokocz(k)a

8 stolików, minimalistyczny wystrój, krótkie menu i rezerwacja zrobiona z miesięcznym wyprzedzeniem. Wreszcie (czyli w sierpniu i teraz miło wspominamy) zdecydowaliśmy się odwiedzić gwiazdkową restaurację, a że w San Sebastian jest ich ponad 10 w tym 8 restauracja świata - Arzac doszliśmy do wniosku, że to jest ten moment. Trzygwiazdgowy Arzac zostawiliśmy na badziej chuczne okazję i padło na Kokotxe, co po baskijsku oznacza delikates miejscowej kuchni - policzki z dorsza. Policzków co prawda w naszym menu degustacyjnym nie było, ale innych pyszności aż nadto. 

Zaczęło się skromnie od domowej roboty majonezu z paluszkami grissini, raczj kiepski start więc byliśmy trochę zaniepokojeni. Na szczęście po chwili na stole pojawiła się pierwsza przystawka czyli w małym słoiczku salmorejo (gazpacho z dodatkiem awokado) posypane kawiorem z chipsem z wędzonym łososiem, zrobiło się milej. Do tego okazało się, że polecone przez sommelierkę wino z Galicji było wyborne o lekko dymnym posmaku, my też je polecamy - Lopolo z Ribeira Santa dostępne w internecie, już sprawdziliśmy. 

Wracając do kuchni kelner zaanonsował kolejną przystawkę - tatar z tuńczyka z lodami z pikli i kremem z czarnego czosnku. Powaliły nas lody z pikli i to jak świetnie komponowały się z tatarem. Jak się okazało były zrobione z kandyzowanej cebuli, marchewki i pora, ambrozja i świetny dodatek do mięs i ryb. Potem był moment, o którym rozmawialiśmy idąc na kolacje - salwa śmiechu na widok absolutnego przerostu formy nad treścią. Otrzymaliśmy miskę pełną piany z wody morskiej , w której niczym w kąpieli spoczywały gotowane owoce morza. Piana wywołała naszą głośną radość i zero wrażeń smakowych. Lubimy nowości, ale jednak najważniejszy powinien być smak nie efekt.

Potem było rafallo z kraba, skondensowana zupa czosnkowa w kostce zalane zupą z krabich jajeczek a na dania główne ryba z mini gnochami z buraczków i żelkami z soi z czipsem z bardzo doprawionej skórki i smakujący bardzo wątróbkowo gołąb na czarnym piasku z balsamico z buraka i sałatką z serc szczypiorku. Gołebi żywych bardzo nie lubię, dosłownie lepiej je trawię po przyrządzeniu, potraktowaliśmy to jako zemstę na tym uciążliwym gatunku. Dalej mini desery: bardzo poprawne ciasteczko cytrynowe, migdałowa mgiełka z karmelem z Indii co kelner podkreślił prawie krzykiem ku naszej radości. I na sam koniec kostka będąca skondensowaną maliną i panacotta z czekoladową kruszonką.

Wszystkie porcje były dość małe natomiast ilość dań i czas serwowania sprawiły, że wyszliśmy naprawdę objedzeni. Zdjęć nie robiliśmy, bo postanowiliśmy egoistycznie skupić się na swoich wrażeniach smakowych i wizualnych. A ogólna konkluzja jest taka, że warto na pewno takiej degustacji spróbować, ale nie planujemy zbyt szybko tego doświadczenia powtarzać. Każdego kto lubi dobrze zjeść może nieco zdenerwować jak pyszne gnochii z buraczków są wielkości ziarnka grochu i zbyt szybko znikają z talerza. Takie wyjście zdecydowanie należy traktować jako przeżycie artystyczno-kulinarne z naciskiem na to pierwsze, trochę jak wizytę w bardzo cenionej galerii, gdzie miło jest obcować ze sztuką, ale w której nie bywa się na co dzień. Na szczęście w San Sebastian szybko odzyskaliśmy równowagę już następnego dnia w pierwszym barze z pinxosami.

piątek, 26 grudnia 2014

Rioja - wspomnień czar



Zbliżają się Święta, w naszym kulinarnym kalendarzu zdecydowanie okres zwiększonej konsumpcji czerwonego wina. Spożyciu sprzyja brukselski klimat – budzimy się rano – jeszcze ciemno, wracamy do domu – już ciemno, co drugi dzień pada, generalnie zimowy dół. Próbując kolejnej lampki czerwonego, z przyjemnością wracam myślami do naszego sierpniowego pobytu w Hiszpanii, gdzie mieliśmy okazję odwiedzić winnice Riojy – jednego z najbardziej docenianych regionów winiarskich Hiszpanii. Odwiedzając region spodziewaliśmy się przede wszystkim wybornego wina w połączeniu ze smaczną kuchnią pograniczna Krajów Basków i Nawarry. Muszę jednak przyznać, że urokliwe miasteczka i cudne krajobrazy były dla nas wielkim i przyjemnym zaskoczeniem. 

Jadąc na winną wycieczkę, pomimo iż może brzmi to mało racjonalnie, warto wypożyczyć samochód. Region jest rozległy, miasteczka malutkie i połączenia nie zawsze dogodne, zdecydowanie cztery kółka dają pełną swobodę wyboru kierunku, bez swobody ilości wypitego trunku.

Zwiedzaliśmy winnicę Vina Tondonia w Haro, jak głosi internet - jedną z najlepszych. Początków winnej Riojy podobno należy szukać w XIX wiecznej zarazie, kiedy to obumarła większość francuskich winorośli i winiarze szukali nowych terenów, aby odnowić uprawy. Trafili właśnie do Riojy, założyli winnice, odnowili sadzonki, odjechali a na szczęście dla nas wszystkich winne krzewy zostały i tak trwają od lat chronione przez pasmo górskie i ogrzewane przez hiszpańskie słońce. Kilkudziesięciu letnie butelki   leżakujące w ogromnych ilościach w zarośniętych grzybem piwnicach warto zobaczyć a wina posmakować na degustacji, która stanowi część wizyty. Dla damskiej części wycieczki czerwone wina  Riojy były nieco zbyt głębokie  w smaku – taninowe, a starzone białe nie do końca przekonywały. Za to sam wszyscy byli zgodni, że region jest przepiękny.

Jeśli chodzi o trasy, bardzo polecamy przejechać z Haro na północ korzystając z dróg lokalnych – stan nawierzchni świetny, widoki rewelacyjne, warte odwiedzenie Labastida i Guardia. My przejechaliśmy w ten sposób przebijając się do autostrady jadącej do Kraju Basków (wjechaliśmy na nią już praktycznie w górach). W bagażniku pobrzękiwały wspomnienia z Haro…


 


                                                

 



poniedziałek, 8 grudnia 2014

Madryt reaktywacja



Stolica Hiszpanii, ale powiedzieć o Madrycie stolica kuchni hiszpańskiej to chyba nieco za wiele. Owszem słynie z dobrych knajp i paru tradycyjnych dań, ale zachwytami kulinarnymi dużo bardziej wolę obdarzać inne, mnie turystyczne regiony Hiszpanii jak choćby kraj Basków, do którego byliśmy w drodze.

Karol studiował i mieszkał w Madrycie rok, ja byłam turystycznie drugi raz, nasze Mamy pierwszy więc trzeba było zrobić zwiedzanie. Początkowo myśleliśmy o wersji autobusowej, ale po krótkiej refleksji doszliśmy do wniosku, że nie warto bo Madryt najlepiej zwiedza się pieszo i do tego główne atrakcjee nie są aż tak od siebie oddalone, aby Mamy nie dały rady. Zaczęliśmy od Pałacu Królewskiego, Mercado San Miguel (a jakże) i Plaza Real.

A jak już się dojdzie w okolice Plaza Real nie można pozostać obojętnym wobec małych uliczek wokół znanych z kanapek z kalmarami. Jeden bar jest szczególnie lubiany i przez turystów i przez miejscowych - jest głośno, brudno, bardzo krótkie menu i zawsze tłoczno. Podobno najlepsze knajpy w Hiszpanii kiedyś poznawało się po ilości rzuconych na podłogę serwetek, ten byłby w czołówce. Sam przysmak – buła wypchana smażonymi krążkami kalmarów, może nie jest zbyt wykwintny pod względem kompozycji, ale cały jego sekret to nie dobór składników a idealny sposób wysmażenia kalmarów w cienkiej panierce, która ich nie dominuje. Przysiedliśmy na 10 min, zjedliśmy po kanapce, wypiliśmy po tinto de verano (ahhh ta hiszpańska abstynencja), wychodząc uniknęliśmy stosu serwetek przyklejających się do butów i udaliśmy się dalej w stronę Plaza del Sol i Gran Via.


                                                         
Tak sobie szliśmy w słonecznym Madrycie, zachwycając się architekturą i … wiszącymi w barach szynkami i nie wiadomo jak na chwilę zabłądziliśmy. Jak wiadomo nic jednak nie dzieje się przez przypadek i okazało się, że w zaułku do którego trafiliśmy znajduje się peruwiańska knajpa a Peruwiańczycy jak wiadomo z poprzednich relacji na blogu wymyślili naszego ulubionego drinka – pisco sour, Karol nie dał się przekonać, że 12 w południe nie jest najlepszą porą na 40% alkohol, po chwili siedzieliśmy pod telewizorem, z którego leciały peruwiańskie hity i sączyliśmy pisco. Zapragnęliśmy również nabyć pisco na długie brukselskie wieczory i zgodnie z radą kelnerki Karol udał się do sklepu  – pocztowo, przelewowo, turystyczno, warzywno, alkoholowego w okolicach Gran Via. Sklep sam w sobie był niezłą atrakcją. 
 

W trakcie dnia w Madrycie był również czas na sztukę – Mamy poszły do Prado a my na Plaza Santa Catalina pozachwycać się artyzmem kulinarnym w tapas barach i znaleźliśmy danie, które towarzyszyło nam już do końca wyjazdu – smażone małe zielone papryczki z grubą solą. Banalne a jakie pyszne, dopóki nie trafi się na jedną z czterdziestu, która jest przerażająco ostra, ale warto ryzykować ...



                                 

                                                               Mercado San Miguel




                                     
                                                                          Gran Via




           na górze papryka faszerowana ogonami bawolimi, poniżej smażone dorszyki i patatas bravas
                                                             Koniec Madrytu - jedziemy dalej

Prosiaczek niemowlaczek



Mieliśmy pisać o prosiaczku z Segovii przy czym ważna jest forma mnoga czasownika– mieliśmy, ponieważ zdecydowanie nie jest to mój faworyt kulinarny wyjazdu i wolałam pozostawić ocenę bardziej obiektywnej części rodziny. Niestety jak w wielu małżeńskich wypadkach formy mnogiej nie udało się wyegzekwować i piszę sama. Może być krytycznie z ww. względów.

A więc cochinillo segoviano w skrócie lechon, przysmak północnych okolic Madrytu. Atrakcja turystyczna segowiańskich restauracji i wcale nie aż tak łatwo dostępne danie w innych miastach i miasteczkach – obdzwoniliśmy chyba z 10 knajp w okolicach Segovii i tylko w jednej mieli. W opowieściach jedni się zachwycali drudzy stanowczo mówili nie więc trzeba było się samemu przekonać. Mnie od początku turlające się po witrynach tawern małe roześmiane prosiaczki jakoś nie przekonywały szczególnie biorąc pod uwagę, że los tych niemowlaków wcale nie wydawał się zbyt wesoły.
Danie wizualnie nieco lepsze niż peruwiańska świnka morska (bez wystających zębów i sierści) natomiast stopniem niedoprawienia podobne. Do tego konsystencja mięsa absolutnie (dla mnie, bo reszta rodziny była zachwycona) nieakceptowalna – między galaretą i normalnym mięskiem. Niby rarytas - można sobie schrupać uszka, oblizać kosteczki i … nabawić się nagłego skoku cholesterolu. Ogólnie nie przepadam za wieprzowiną więc ta makabryczna jej wersja zupełnie mnie nie przekonała i z pierwszych dni, które spędziliśmy na wsi pod Madrytem zapamiętam bardziej zupę z dorsza (dorsz, cieciorka, szpinak, czosnek, chilli i zioła wedle uznania) autorstwa cioci Karola, u której się zatrzymaliśmy i kanapkę z kalmarami w samej stolicy. Zupę z dorsza robimy dość często w Brukseli, bo jest błyskawiczna i pyszna (chociaż mina poniżej niewyraźna :)). 
   
     

Same okolice Madrytu są pod względem krajobrazowym dość wysuszone i monotonne, ale wokół Escorialu i Valle de los Caidos robi się nieco ciekawiej widokowo. Z dwóch atrakcji wybieram Valle za Frankistowską ekstrawagancję i rozmach no i atmosferę z Władcy Pierścieni. Samo uczucie, że wchodzi się do świątyni wykutej w zimnej i potężnej skale robi ogromne wrażenie, do tego wejścia strzegą monumentalne i wcale nie wyglądające życzliwie anioły. Jak do tego doda się historię miejsca i ilość ofiar, które pochłonęła jego budowa staje się to najbardziej wymowny obrazem ludzkiej bezsilności i cierpienia. Może zabrzmi to makabrycznie, ale jak dla mnie wartym odwiedzenia. Poniżej Valle i Escorial.
                                 

I oczywiście sama Segovia z antycznym akweduktem i zamkiem jak z bajek Disneya jest warta wizyty, pół dniowa wycieczka zdecydowanie wystarczy. Pora na madryckie kalmary …

                                                                           Segovia