poniedziałek, 6 maja 2013

Babskie podsumowanie

Stało się - wakacje się skończyły i wróciliśmy do Warszawy. 20 godzinna podróż powrotna po całych dobach spędzanych w boliwijskich autobusach wydała nam się prawie krótką przejażdżką pomimo iż linie Air Europa do najbardziej luksusowych nie należą. Powiedzmy wprost - są nieco dziadowskie szczególnie pod względem poziomu obsługi.

Pierwsza konkluzja - jeszcze lepiej się przygotowywać do wyjazdów i nie wierzyć przewodnikom. Gdybyśmy choć trochę znali region cała trasa wyglądałaby na pewno innaczej. Pewnie ominelibyśmy rozjeżdżoną pustynie solną Uyunii na rzecz dluższego pobytu w selvie. I Pewnie ograniczylibyśmy Boliwię na rzecz północnego Peru.

Druga konkluzja - oba kraje są bardzo turystyczne i w obu podróżuje się z łatwością nie licząc boliwijskich strajków i osunięć dróg, ale i wtedy jest zawsze jakaś inna droga. Peru jest turystyczne w zachodnim stylu, duże atrakcje są bardzo drogie i świetnie zarządzane, turystów traktuje się przyjaźnie i z uśmiechem więdząc, że zostawią w kraju dużo waluty, bardzo dba się też o ich bezpieczeństwo. W Boliwii na turystę patrzy się trochę jak na wypchany portfel, ludzie są nieufni i mniej przyjaźni i szukają często możliwości, aby na gringo zarobić. A co najgorsze wszystkie przewodniki każą ich głaskać po główce i się nie targować, bo niby tacy biedni ci Boliwijczycy. My mówiliśmy basta oszustom! Żaden, nawet najbiedniejszy obywatel nas w konia robić nie będzie!

Konkluzja trzecia będzie kulinarna. Tutaj przewodniki prawdę mówiły i najlepiej jedliśmy w Limie, najsmacznij i najróżnorodniej. Lima kulinarnie wygrała. Oddalając się od peruwiańskiej stolicy kuchnia stawała się coraz mniej doprawiona i cięższa, ale nadal znajdowaliśmy perełki jak pstrąg nad Titicacą czy pierożki na ulicach La Paz - najlepsze na świecie, pełne wrzącego sosu, pyszne. W Boliwii przyprawy prawie całkowicie zaginęły, ale o dziwo nasze żołądki też odzyskały zdrowie (inna flora bakteryjna zawsze wywoła jakieś nieprzyjemne konsekwencje, na szczęście antybiotyki są na sztuki i bez recepty). Jednak sprawdza się zasada, że im biedniejszy kraj tym wszystko świeższe i bardziej domowe. Na najlepsze danie wyjazdu wybieram Tamales (opis w pierwszym wpisie z Limy) i steka u Gastona, o którym nadal marzę.

Must see w Peru:
- Święta Dolina Inków czyli Pisac, Olantayambo i Machu Pichu, warte każdych zakwasów,
- Arequipa za piękno zabudowy i atmosferę

Must see w Boliwii:
- kopalnie w Potosi, jedyna taka okazja i dreszczyk emocji jak pierwszy raz w życiu odpala się dynamit
- selva i Santa Cruz za tropikalny klimat, naszego kierowcę rajdowcę, który na przemian żół kokę w przyjmował jej bardziej skrystalizowaną wersję i domową kuchnię w środku wielkiego lasu

Było intensywnie, różnorodnie i atrakcyjnie a jeśli gdzieś zabrakło czasu to w strefie lasów tropikalnych gdzie ludzie są najbardzij otwarci i otoczenie najbardziej odmienne od tego co możemy znaleźć w Europie. Chyba w jednej kwestii (przynajmniej ten jeden raz) byliśmy zgodni - kolejne wakacje chcemy gdzieś gdzie będzie parno, będą rosły wszelkie możliwe drzewka owocowe a ludzie będą półnadzy i uśmiechnięci, może Brazylia, może Karaiby ...

1 komentarz: