Stało się - wakacje się skończyły i wróciliśmy do Warszawy. 20 godzinna podróż powrotna po całych dobach spędzanych w boliwijskich autobusach wydała nam się prawie krótką przejażdżką pomimo iż linie Air Europa do najbardziej luksusowych nie należą. Powiedzmy wprost - są nieco dziadowskie szczególnie pod względem poziomu obsługi.
Pierwsza konkluzja - jeszcze lepiej się przygotowywać do wyjazdów i nie wierzyć przewodnikom. Gdybyśmy choć trochę znali region cała trasa wyglądałaby na pewno innaczej. Pewnie ominelibyśmy rozjeżdżoną pustynie solną Uyunii na rzecz dluższego pobytu w selvie. I Pewnie ograniczylibyśmy Boliwię na rzecz północnego Peru.
Druga konkluzja - oba kraje są bardzo turystyczne i w obu podróżuje się z łatwością nie licząc boliwijskich strajków i osunięć dróg, ale i wtedy jest zawsze jakaś inna droga. Peru jest turystyczne w zachodnim stylu, duże atrakcje są bardzo drogie i świetnie zarządzane, turystów traktuje się przyjaźnie i z uśmiechem więdząc, że zostawią w kraju dużo waluty, bardzo dba się też o ich bezpieczeństwo. W Boliwii na turystę patrzy się trochę jak na wypchany portfel, ludzie są nieufni i mniej przyjaźni i szukają często możliwości, aby na gringo zarobić. A co najgorsze wszystkie przewodniki każą ich głaskać po główce i się nie targować, bo niby tacy biedni ci Boliwijczycy. My mówiliśmy basta oszustom! Żaden, nawet najbiedniejszy obywatel nas w konia robić nie będzie!
Konkluzja trzecia będzie kulinarna. Tutaj przewodniki prawdę mówiły i najlepiej jedliśmy w Limie, najsmacznij i najróżnorodniej. Lima kulinarnie wygrała. Oddalając się od peruwiańskiej stolicy kuchnia stawała się coraz mniej doprawiona i cięższa, ale nadal znajdowaliśmy perełki jak pstrąg nad Titicacą czy pierożki na ulicach La Paz - najlepsze na świecie, pełne wrzącego sosu, pyszne. W Boliwii przyprawy prawie całkowicie zaginęły, ale o dziwo nasze żołądki też odzyskały zdrowie (inna flora bakteryjna zawsze wywoła jakieś nieprzyjemne konsekwencje, na szczęście antybiotyki są na sztuki i bez recepty). Jednak sprawdza się zasada, że im biedniejszy kraj tym wszystko świeższe i bardziej domowe. Na najlepsze danie wyjazdu wybieram Tamales (opis w pierwszym wpisie z Limy) i steka u Gastona, o którym nadal marzę.
Must see w Peru:
- Święta Dolina Inków czyli Pisac, Olantayambo i Machu Pichu, warte każdych zakwasów,
- Arequipa za piękno zabudowy i atmosferę
Must see w Boliwii:
- kopalnie w Potosi, jedyna taka okazja i dreszczyk emocji jak pierwszy raz w życiu odpala się dynamit
- selva i Santa Cruz za tropikalny klimat, naszego kierowcę rajdowcę, który na przemian żół kokę w przyjmował jej bardziej skrystalizowaną wersję i domową kuchnię w środku wielkiego lasu
Było intensywnie, różnorodnie i atrakcyjnie a jeśli gdzieś zabrakło czasu to w strefie lasów tropikalnych gdzie ludzie są najbardzij otwarci i otoczenie najbardziej odmienne od tego co możemy znaleźć w Europie. Chyba w jednej kwestii (przynajmniej ten jeden raz) byliśmy zgodni - kolejne wakacje chcemy gdzieś gdzie będzie parno, będą rosły wszelkie możliwe drzewka owocowe a ludzie będą półnadzy i uśmiechnięci, może Brazylia, może Karaiby ...
poniedziałek, 6 maja 2013
niedziela, 5 maja 2013
Szczęśliwe zakończenie
I wreszcie po 3 tygodniach jeżdżenia, zwiedzania i smakowania miejscowych specjałów wróciliśmy do Arequipy skąd czekał już nas tylko lot do Limy i poźniej Europy. Zasłużyliśmy na miłe zakończenie w postaci wizyty w jednej z restauracji Gastona Acurio, najbardziej znanego peruwiańskiego kucharza i właściciela światowej klasy lokali nie tylko w Ameryce Łacińskiej, ale i Stanach i Europie.
Było to naprawdę szczęśliwe zakończenie. Już sam zapach ośmiornic z grilla przyprawił nas o lekki zawrót głowy. Każde maleństwo spoczywało na wyśmienitym ziemniaczanym łóżeczku ozdobionym kawałkiem smażonej papryki i kroplą ziołowego sosu, kompozycja idealna, nie śmialiśmy się odezwać aby nie burzyć tej doniosłej chwili.
Acuria znany jest z umiłowania do regionalnej kuchni. Pomimo swojej europejskiej edukacji gastronomicznej w każdej z restauracji używa głównie lokalnych składników i przepisów. Panowie poraz koejny w trakcie wycieczki skusili się na klasykę w postaci rocoto relleno (faszerowana papryka) , Pani odkryła w sobie mordercę i zapragnęła krwistego steka z karmelizowaną cebulką i sosem berneńskim. Oba dania były wyśmienite. Papryka odpowiednio ostra z mięsnym farszem doprawionym orzechami i rodzynkami. Stek, ohhh mój stek, był idealny. Pachnący dymem, wspaniale różowy i mięki w środku i wyśmienicie wypieczony. Tak, moje mięsko pokonało paprykę, pokonało ośmiornicę, było idealnym dopełnieniem dnia, wycieczki i czystą rozkoszą.
Jednak i mistrzowie popełniają błędy i deser w postaci sufletu czekoladowego stanowił rozczarowanie, które gdyby nie perfekcyjna obsługa, położyłoby się cieniem na całości posiłku. Rozczarowanie wynikało z kokosowej posypki i 30 sekund za długo w piecu. Ale mając na uwadzę stek wybaczam i po powrocie skoczę na sufleciątko do Wedla aby wyeliminować te niemiłe deserowe wspomnienia.
Było to naprawdę szczęśliwe zakończenie. Już sam zapach ośmiornic z grilla przyprawił nas o lekki zawrót głowy. Każde maleństwo spoczywało na wyśmienitym ziemniaczanym łóżeczku ozdobionym kawałkiem smażonej papryki i kroplą ziołowego sosu, kompozycja idealna, nie śmialiśmy się odezwać aby nie burzyć tej doniosłej chwili.
Acuria znany jest z umiłowania do regionalnej kuchni. Pomimo swojej europejskiej edukacji gastronomicznej w każdej z restauracji używa głównie lokalnych składników i przepisów. Panowie poraz koejny w trakcie wycieczki skusili się na klasykę w postaci rocoto relleno (faszerowana papryka) , Pani odkryła w sobie mordercę i zapragnęła krwistego steka z karmelizowaną cebulką i sosem berneńskim. Oba dania były wyśmienite. Papryka odpowiednio ostra z mięsnym farszem doprawionym orzechami i rodzynkami. Stek, ohhh mój stek, był idealny. Pachnący dymem, wspaniale różowy i mięki w środku i wyśmienicie wypieczony. Tak, moje mięsko pokonało paprykę, pokonało ośmiornicę, było idealnym dopełnieniem dnia, wycieczki i czystą rozkoszą.
Jednak i mistrzowie popełniają błędy i deser w postaci sufletu czekoladowego stanowił rozczarowanie, które gdyby nie perfekcyjna obsługa, położyłoby się cieniem na całości posiłku. Rozczarowanie wynikało z kokosowej posypki i 30 sekund za długo w piecu. Ale mając na uwadzę stek wybaczam i po powrocie skoczę na sufleciątko do Wedla aby wyeliminować te niemiłe deserowe wspomnienia.
piątek, 3 maja 2013
Salar de Uyuni i okolice czyli turystyka masowa
Każdy turysta, który przyjeżdża do Boliwii prędzej czy później trafia w ramiona jednej z chyba ponad 100 agencji turystycznych oferujących wysoce wystandaryzowane wycieczki po pustyni solnej Uyuni i okolicznych lagunach. Trafiliśmy i my.
Alternatywne zwiedzanie jest raczej odradzane. Nawet mając własny motor bądź 4x4 trasa jest po prostu niebezpieczna przez brak wyznaczonych dróg, liczne rozpadliny solne i ogromną bezludną przestrzeń. Zresztą tą samą trasą, którą my jechaliśmy bedą ścigać się w 2014 roku uczestnicy rajdu Dakar, w pewien sposób opisuje to jej stopień trudności.
Sama pustynia solna jest tak rozjeżdżona przez wycieczki (w sezonie dziennie wyjeżdża 50 samochodów) że powoli traci swoją nieskazitelną białość. Z najwięksych rozczarowań: drzewa skalne a raczj jedno drzewo obfotografowane prze milion turystów i cmentarzysko pociągów, które bardziej przypomina śmietnisko, na którym szaleją miejscowi i zagraniczni graficiarze. Poza tym krajobrazy piękne zresztą oceńcie sami.
Alternatywne zwiedzanie jest raczej odradzane. Nawet mając własny motor bądź 4x4 trasa jest po prostu niebezpieczna przez brak wyznaczonych dróg, liczne rozpadliny solne i ogromną bezludną przestrzeń. Zresztą tą samą trasą, którą my jechaliśmy bedą ścigać się w 2014 roku uczestnicy rajdu Dakar, w pewien sposób opisuje to jej stopień trudności.
Sama pustynia solna jest tak rozjeżdżona przez wycieczki (w sezonie dziennie wyjeżdża 50 samochodów) że powoli traci swoją nieskazitelną białość. Z najwięksych rozczarowań: drzewa skalne a raczj jedno drzewo obfotografowane prze milion turystów i cmentarzysko pociągów, które bardziej przypomina śmietnisko, na którym szaleją miejscowi i zagraniczni graficiarze. Poza tym krajobrazy piękne zresztą oceńcie sami.
Bida z nyndzą
Boliwia jest najbiedniejszym krajem Ameryki Łacińskiej i jeżdżąc po tutejszej prowincji można w to uwierzyć. Powiedzieć, że panuje tu minimalizm architektoniczny to zdecydowanie bardzo dyplomatyczne aczkolwiek nie do końca oddające rzeczywistość stwierdzenie. Większość domów w miastach zbudowanych jest z cegły i niczym niewykończonych, na wsiach z błota i słomy najczęściej z jednym brudnym oknem ozdabiającym fasadę. W nocy przejeżdżając przez wiejskie osiedla światła najczęściej brak, ludzi zresztą też często się nie widuje. I jeszcze jest selva gdzie z kolei obejścia są jeszcze bardziej prowizoryczne, czasami brak jakiejś ściany czy kawałka dachu. O ile biedę architektoniczną można uzasadniać brakiem surowca (oczywiście mówiąc o domach cegły a nie błota, którgo tu pod dostatkiem) o tyle wszechobecny nieporządek w obejściach trudno innaczej wyjaśnić niż niechlujstwem miejscowych. Bowiem większość tutejszych wygląda na lekko niedomytych bądź niedopranych, brudne są też dzieci i zwierzęta gospodarskie, a kraj wcale nie boryka się z wielkim problemem braku wody. Pojawiają się pewne wątpliwości czy ta bieda nie wynika trochę z przyzwyczjenia i niechęci do zmian i trochę z mierności rządzącej klasy politycznej...
Jeśli kraj biedny to wydawałoby się, że i społeczeństwo niedokarmione, ale w Boliwii na pierwszy rzut oka głodu nie widać. Może zwodzą krągłe kształty miejscowych i ich grube ubrania noszone nawet w upalne dni, ale na najbardziej wygłodzone wyglądały bezdoomne psy, które nawet nie szczekają, aby na tą niepotrzebną czynność nie tracić wyszukanych na zaśmieconej ulicy kalorii. Kuchnia boliwijska jest może niezbyt doprawiona, ale w każdej części kraju bardzo sycąca. Ziemniak nigdy na talerzu nie pozostaje osamotniony, zawsze towarzyszy mu, oprócz porcji białka, bądź ryż bądź makaron. W jednej z naszych zup pływały i frytki i kluski. Ulubione mięso w Boliwii to kurcze i lamina, świnka występuje najczęściej bądź w formie wcześniej chwalonej pieczonej nogi dodawanej do kanapek, bądź skwarko podobnych kawałków. I wreszcie jedzenie da się kupić wszędzie, nawet w trakcie drogi co postój do autobusu wkracza cała gromada gospodyń oferujących miejscowe specjały od galaretki po suszoną laminę. Ich dźwięczne nawoływanie na długo dzwoni w uszach i jak można przy takim marketingu bezpośrednim odmówić. Babuszki na wschodnich dworcach zdecydowanie nie wygrałyby konkurencji z miejscowymi. I jedzenie bardzo drogie nie jest i wszedzie widać jak miejscowi ochoczo z kulinarnych dobrodziejstw kraju korzystają.
A jak przyciśnie zmęczenie i głód zawsze można porzuć liście koki, bogactwo i przekleństwo kraju, które pomaga na wszelkie problemy wytrzymałościowo-żołądkowe. Często z powyższego dobrodziejstwa korzystaliśmy.
Jeśli kraj biedny to wydawałoby się, że i społeczeństwo niedokarmione, ale w Boliwii na pierwszy rzut oka głodu nie widać. Może zwodzą krągłe kształty miejscowych i ich grube ubrania noszone nawet w upalne dni, ale na najbardziej wygłodzone wyglądały bezdoomne psy, które nawet nie szczekają, aby na tą niepotrzebną czynność nie tracić wyszukanych na zaśmieconej ulicy kalorii. Kuchnia boliwijska jest może niezbyt doprawiona, ale w każdej części kraju bardzo sycąca. Ziemniak nigdy na talerzu nie pozostaje osamotniony, zawsze towarzyszy mu, oprócz porcji białka, bądź ryż bądź makaron. W jednej z naszych zup pływały i frytki i kluski. Ulubione mięso w Boliwii to kurcze i lamina, świnka występuje najczęściej bądź w formie wcześniej chwalonej pieczonej nogi dodawanej do kanapek, bądź skwarko podobnych kawałków. I wreszcie jedzenie da się kupić wszędzie, nawet w trakcie drogi co postój do autobusu wkracza cała gromada gospodyń oferujących miejscowe specjały od galaretki po suszoną laminę. Ich dźwięczne nawoływanie na długo dzwoni w uszach i jak można przy takim marketingu bezpośrednim odmówić. Babuszki na wschodnich dworcach zdecydowanie nie wygrałyby konkurencji z miejscowymi. I jedzenie bardzo drogie nie jest i wszedzie widać jak miejscowi ochoczo z kulinarnych dobrodziejstw kraju korzystają.
A jak przyciśnie zmęczenie i głód zawsze można porzuć liście koki, bogactwo i przekleństwo kraju, które pomaga na wszelkie problemy wytrzymałościowo-żołądkowe. Często z powyższego dobrodziejstwa korzystaliśmy.
czwartek, 2 maja 2013
Podróżowanie po boliwijsku
Wracamy po krótkiej przerwie spowodowanej brakiem internetu i wyjątkowo dużą aktywnością.
Podczas naszej podróży po Boliwii zdążyliśmy poznać, w całej okazałości uroki jeżdżenia po tym kraju. Po krótkim pobycie w dżungli postanowiliśmy pojechać do Sucre, bodaj najpiękniejszego miasta Boliwii, a zaraz po tym do Potosi, niegdyś najbogatszego miasta świata. Niestety, nasze plany, zupełnie realne, okazały się nie do zrealizowania. Natknęliśmy się bowiemn na najgłupszą formę protestu, jaką widzieliśmy w życiu, tj.blokada drogi wjazdowej do miasta. Tym razem pech padł na Sucre, choć regularnie blokowane są i inne miasta tj. Cochabamba, Potosi czy Oruro. Strajki organizują najczęściej Indigenios, niezadowoleni z poziomu życia. Cóż nikt im nie kazał wybierać Evo na prezydenta.
Blokada wywołała konieczność zmiany naszych planów - skoro Sucre jest zablokowane przez miejscowych pojedziemy do Potosi (niestety na około). Jeśli chcecie wiedzieć owo naokoło trwało 24 godziny (w tym 5 godzin opóźnienia ze względu na urwanie drogi przez deszcz jeszcze w dżungli).
Tak wymęczeni dotarliśmy do Potosi - w XVI i XVII w. najbogatszym miastem świata,liczącym sobie wówczas prawie 200 tyś. mieszkańców. Źródłem bogactwa tego miasta, jak i Imperium hiszpańskich Habsburgów była jedna góra - Cierro Rico. Idealnie kształtna, górująca nad miastem wywołała trwającą w sumie do dziś gorączkę złota (precyzyjniej srebra, bo tego kruszcu jest tam najwięcej). W mieście można zwiedzić dawną wytwórnie monet - fajna rozrywka, ale chyba jednak dla bardziej zaawansowanych wiekowo. Odważniejsi i młodsi wybierają się na wycieczkę w głąb góry do funkconujących od XVI wieku tuneli, które nadal służą tutejszym górnikom jako swego rodzaju "bieda szyby". W dalszym ciągu kopalnie zapewniają pracę ponad 10 tyś. górnikom (jako, że są kooperatywami brak tam zabezpieczenia społecznego i pracują tylko ci, którym się chce, nawet dzieci w czasie wakacji dorabiające na swoje potrzeby w tym edukację - nasi górnicy ze Śląska winni jeździć tam na Erasmusa i uczyć się od Boliwijczyków znaczenia słowa trudna praca).
Do rzeczy, po podpisaniu wszelkiego rodzaju oświadczeń o zrzeczeniu się wszelkich roszczeń ze strony rodziny w przypadku śmierci zostaliśmy odpowiednio ubrani i przygotowani do wejścia w górę. Po zakupie liści koki, koka koli oraz dynamitu dla napotkanych górników pracujących na szychcie udaliśmy się do wejścia do kopalni. Nasz szyb został wydrążony jeszcze w XVII wieku przez murzyńskich niewolników (jednak kopali na wysokość indigenio, który mierzył sobie wówczas max. 1,55m.). Nasza kopalnia liczyła sobie 6 poziomów, kilka kilometrów tuneli. Wysokoś odzielająca poziomy to około 40 metrów. Mieliśmy z Igą szczęście, że zapisaliśmy się na zwiedzanie po hiszpańsku, bowiem nasz pan szanowny górnik zademonstrował nam wybuch laski dynamitu kilometr w głąb góry. Efekt piorunujący - ziemia zatrzęsła się przez 2 sekundy, wszędzie czuć był zapach siary.
Po wyjściu z szychty wygłodniali ruszyliśmy w Potosi za tym co kochamy najbardziej, czyli jedzeniem. Nie trzeba było szukać długo - specialite de la maison w Potosi, to zdecydowanie bułka z mięsem ze świńskiej nogi z surówką i sosem chili. Ile bym dał, żeby w Polsce budy z kebabem zamieniły się w takie przybytki!
Ps. Na początku podnieciła nas też ilość mijanych chińskich knajpek, które jak się później okazało wszystkie już dawno zostały przerobione na kurczakownie. Cóż klient nasz Pan, a klient boliwijski bardzo lubi pieczonego kurczaka.
Podczas naszej podróży po Boliwii zdążyliśmy poznać, w całej okazałości uroki jeżdżenia po tym kraju. Po krótkim pobycie w dżungli postanowiliśmy pojechać do Sucre, bodaj najpiękniejszego miasta Boliwii, a zaraz po tym do Potosi, niegdyś najbogatszego miasta świata. Niestety, nasze plany, zupełnie realne, okazały się nie do zrealizowania. Natknęliśmy się bowiemn na najgłupszą formę protestu, jaką widzieliśmy w życiu, tj.blokada drogi wjazdowej do miasta. Tym razem pech padł na Sucre, choć regularnie blokowane są i inne miasta tj. Cochabamba, Potosi czy Oruro. Strajki organizują najczęściej Indigenios, niezadowoleni z poziomu życia. Cóż nikt im nie kazał wybierać Evo na prezydenta.
Blokada wywołała konieczność zmiany naszych planów - skoro Sucre jest zablokowane przez miejscowych pojedziemy do Potosi (niestety na około). Jeśli chcecie wiedzieć owo naokoło trwało 24 godziny (w tym 5 godzin opóźnienia ze względu na urwanie drogi przez deszcz jeszcze w dżungli).
Tak wymęczeni dotarliśmy do Potosi - w XVI i XVII w. najbogatszym miastem świata,liczącym sobie wówczas prawie 200 tyś. mieszkańców. Źródłem bogactwa tego miasta, jak i Imperium hiszpańskich Habsburgów była jedna góra - Cierro Rico. Idealnie kształtna, górująca nad miastem wywołała trwającą w sumie do dziś gorączkę złota (precyzyjniej srebra, bo tego kruszcu jest tam najwięcej). W mieście można zwiedzić dawną wytwórnie monet - fajna rozrywka, ale chyba jednak dla bardziej zaawansowanych wiekowo. Odważniejsi i młodsi wybierają się na wycieczkę w głąb góry do funkconujących od XVI wieku tuneli, które nadal służą tutejszym górnikom jako swego rodzaju "bieda szyby". W dalszym ciągu kopalnie zapewniają pracę ponad 10 tyś. górnikom (jako, że są kooperatywami brak tam zabezpieczenia społecznego i pracują tylko ci, którym się chce, nawet dzieci w czasie wakacji dorabiające na swoje potrzeby w tym edukację - nasi górnicy ze Śląska winni jeździć tam na Erasmusa i uczyć się od Boliwijczyków znaczenia słowa trudna praca).
Do rzeczy, po podpisaniu wszelkiego rodzaju oświadczeń o zrzeczeniu się wszelkich roszczeń ze strony rodziny w przypadku śmierci zostaliśmy odpowiednio ubrani i przygotowani do wejścia w górę. Po zakupie liści koki, koka koli oraz dynamitu dla napotkanych górników pracujących na szychcie udaliśmy się do wejścia do kopalni. Nasz szyb został wydrążony jeszcze w XVII wieku przez murzyńskich niewolników (jednak kopali na wysokość indigenio, który mierzył sobie wówczas max. 1,55m.). Nasza kopalnia liczyła sobie 6 poziomów, kilka kilometrów tuneli. Wysokoś odzielająca poziomy to około 40 metrów. Mieliśmy z Igą szczęście, że zapisaliśmy się na zwiedzanie po hiszpańsku, bowiem nasz pan szanowny górnik zademonstrował nam wybuch laski dynamitu kilometr w głąb góry. Efekt piorunujący - ziemia zatrzęsła się przez 2 sekundy, wszędzie czuć był zapach siary.
Po wyjściu z szychty wygłodniali ruszyliśmy w Potosi za tym co kochamy najbardziej, czyli jedzeniem. Nie trzeba było szukać długo - specialite de la maison w Potosi, to zdecydowanie bułka z mięsem ze świńskiej nogi z surówką i sosem chili. Ile bym dał, żeby w Polsce budy z kebabem zamieniły się w takie przybytki!
Ps. Na początku podnieciła nas też ilość mijanych chińskich knajpek, które jak się później okazało wszystkie już dawno zostały przerobione na kurczakownie. Cóż klient nasz Pan, a klient boliwijski bardzo lubi pieczonego kurczaka.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)










































