Tym razem Filipiny. Już od
jakiegoś czasu z tęsknotą spoglądaliśmy na Azję i wspominaliśmy jej raj
kulinarny, w końcu nie wytrzymaliśmy i jutro ruszamy. Aby jeszcze bardziej
przypomnieć sobie ulubione i nieosiągalne w Polsce (i większości krajów
europejskich smaki) lecimy przez Pekin, w pierwszą stronę z 10 godzinnym
postojem w drugą nawet z noclegiem.
Z Pekinu głównie cieszą się
nasze podniebienia, to co musimy zjeść już dawno mamy ładnie spisane, i w
znakach i w pinyin, aby nie było wątpliwości jeśli menu akurat będzie bez zdjęć.
Zresztą element w niepewność w chińskiej kuchni jest miłym urozmaiceniem. Już
pojutrze (aż mi słabo z głodu na samą myśl) na stole pojawią się smażone
bakłażany, wołowina z fasolką, kurczak z orzeszkami, może kaczuszka po pekińsku,
sama klasyka. Mamy tez nadzieje znaleźć czas na ujgurski makaron i patyczki.
Zresztą na patyczki czasu nie trzeba mieć, bo są najłatwiejszym i najszybszym
chińskim street foodem. Już mi się marzą wszelkiego rodzaju owoce morza nadziane
na drewniana pałeczkę i pachnące dymem z ulicznego grilla. Marzą mi się też
pieczone w ten sposób pędy czosnku i grzyby herbaciane. Nie muszę wspominać, że
hostel w którym śpimy znajduje się obok dużej liczby knajpek i ulicy z
szaszłykami.
A od Manili począwszy czekają
nasz kolejne kulinarne odkrycia. Trochę już na temat kuchni filipińskiej
czytaliśmy, ale brak jest na rynku wyczerpujących opracowań. Ze względu na dużą
liczbę narodów, które przybywały na Filipiny na przestrzeni wieków w tamtejszej
kuchni można podobno znaleźć wszystko od wpływów chińsko-japońskich, naturalne
ze względu na bliskość geograficzną, po równie naturalne pozostałości okresu
odkryć geograficznych w postaci dań hiszpańskich i latynoskich (mam ogromną
nadzieję, że bez koszmaru ostatnich wakacji w postaci chicharonów vide
opis lunchu w Arequipie) aż po czasy współczesne i amerykańskie barbecue.
Jest też parę dań ekstremalnych na liście do zjedzenia specjalnie z myślą o
Karolku a więc płody kacze i wszelkie robale, zresztą robala to i sama z
przyjemnością „wciągnę”. Z tego co pamiętam są całkiem niezłą wysokobiałkową
przekąską do piwa, lub rumu, bo podobno rum właśnie jest najbardziej popularnym
filipińskim napitkiem. Brzmi różnorodnie i dość zachęcająco weryfikacja nastąpi
w praktyce.
Głód rośnie, nie mogę już
pisać, jedźmy jak najszybciej.
Poniżej mapa miejsc, w którym
będziemy jeść