poniedziałek, 30 grudnia 2013

W drogę

Tym razem Filipiny. Już od jakiegoś czasu z tęsknotą spoglądaliśmy na Azję i wspominaliśmy jej raj kulinarny, w końcu nie wytrzymaliśmy i jutro ruszamy. Aby jeszcze bardziej przypomnieć sobie ulubione i nieosiągalne w Polsce (i większości krajów europejskich smaki) lecimy przez Pekin, w pierwszą stronę z 10 godzinnym postojem w drugą nawet z noclegiem.

 
Z Pekinu głównie cieszą się nasze podniebienia, to co musimy zjeść już dawno mamy ładnie spisane, i w znakach i w pinyin, aby nie było wątpliwości jeśli menu akurat będzie bez zdjęć. Zresztą element w niepewność w chińskiej kuchni jest miłym urozmaiceniem. Już pojutrze (aż mi słabo z głodu na samą myśl) na stole pojawią się smażone bakłażany, wołowina z fasolką, kurczak z orzeszkami, może kaczuszka po pekińsku, sama klasyka. Mamy tez nadzieje znaleźć czas na ujgurski makaron i patyczki. Zresztą na patyczki czasu nie trzeba mieć, bo są najłatwiejszym i najszybszym chińskim street foodem. Już mi się marzą wszelkiego rodzaju owoce morza nadziane na drewniana pałeczkę i pachnące dymem z ulicznego grilla. Marzą mi się też pieczone w ten sposób pędy czosnku i grzyby herbaciane. Nie muszę wspominać, że hostel w którym śpimy znajduje się obok dużej liczby knajpek i ulicy z szaszłykami. 

A od Manili począwszy czekają nasz kolejne kulinarne odkrycia. Trochę już na temat kuchni filipińskiej czytaliśmy, ale brak jest na rynku wyczerpujących opracowań. Ze względu na dużą liczbę narodów, które przybywały na Filipiny na przestrzeni wieków w tamtejszej kuchni można podobno znaleźć wszystko od wpływów chińsko-japońskich, naturalne ze względu na bliskość geograficzną, po równie naturalne pozostałości okresu odkryć geograficznych w postaci dań hiszpańskich i latynoskich (mam ogromną nadzieję, że bez koszmaru ostatnich wakacji w postaci chicharonów vide opis lunchu w Arequipie) aż po czasy współczesne i amerykańskie barbecue. Jest też parę dań ekstremalnych na liście do zjedzenia specjalnie z myślą o Karolku a więc płody kacze i wszelkie robale, zresztą robala to i sama z przyjemnością „wciągnę”. Z tego co pamiętam są całkiem niezłą wysokobiałkową przekąską do piwa, lub rumu, bo podobno rum właśnie jest najbardziej popularnym filipińskim napitkiem. Brzmi różnorodnie i dość zachęcająco weryfikacja nastąpi w praktyce.

Głód rośnie, nie mogę już pisać, jedźmy jak najszybciej.

Poniżej mapa miejsc, w którym będziemy jeść